poniedziałek, 6 sierpnia 2012

"Prometeusz" i iskierka nadziei



Na wezwanie T.R. postanowiłem wysmażyć kilka słów o nowym dziele Ridley'a Scotta. Oj, bardzo bałem się tej produkcji. Co prawda zwykłem podchodzić do oglądanych obrazów dając im carte blanche, ale przecieki na długo przed premierą zakłóciły mój spokój i wzbudziły obawy. Hollywood będzie się znowu bawić w "odkrywanie" nieboskiego pochodzenia ludzkości?  Obcy, tak - ci Obcy! - jako wyhodowana sztucznie broń biologiczna? To nie mogło wypalić. A jednak...

"Prometeusz" nie jest filmem bez wad, jednak jego zalety przebijają się na pierwszy plan. Fabuła, wystarczająco tajemnicza, oplatająca bohaterów. Powrót do klasyki - wyprawa odcięta od wszelkiej pomocy z zewnątrz, badająca mroczne pozostałości nieznanej rasy... Jeśli ktoś jeszcze żałował, że załoga "Nostromo" nie mogła bliżej zbadać swojego niespodziewanego odkrycia i podzielić się tym z widzami, teraz będzie miał okazję zobaczyć parę ciekawych rzeczy pośród dobrze zaprojektowanej scenerii. Nie jest to co prawda tak dobry powrót do retro-estetyki jak można było sądzić po trailerach, ale - podobnie jak w nowym "Starciu Tytanów" - chwała i za to!

Tylko tutaj właśnie pojawia się Problem. Otóż, "Prometeusz" obroniłby się samodzielnie, bez konieczności wpisywania go w uniwersum Obcego. Tymczasem, niestety, wprowadza on do wszechświata Xenomorphów zmiany w ilościach nadprogramowych. Podobnie uczynił nie tak dawno George Lucas z sagą "Gwiezdnych Wojen" i choć Ridley Scott przeprowadza rewolucję w dużo lepszym stylu, niesmak pozostaje. Można by się spodziewać, że najbardziej "oberwie" się Space Jockey'om, którzy teraz stali się "Inżynierami". Tutaj jednak nie jest źle - o tej rasie z filmów wiedzieliśmy bardzo mało - a powiedzmy, że komiksy pomijam. Było więc spore pole manewru, na którym Scott mógł się bawić. Pomysł z przedstawieniem tego, co wcześniej uważaliśmy za "trąbę" Space Jockey'a jako jego skafandra uważam za całkiem ciekawy. W projektach tych istot pozostaje najwięcej ze stylu klasycznych filmów z Obcym. Czymś, co z kolei w uniwersum nie mieści się w żadnym wypadku, jest przedstawiony w filmie "mix gatunkowy". Tak naprawdę (wbrew temu co piszą niektórzy dziennikarze) w filmie nie ujrzeliśmy Obcego ani razu, natomiast mogliśmy podziwiać przedziwny i niepotrzebny miszmasz istot przeradzających sie w coraz to inne monstra. Mówiąc wprost, w Sali z Głową powinny się znajdować jaja Obcych, bądź też kontenery z tymi jajami. Bądź też zarodki jakiegoś pre-aliena, które po połączeniu się z ludźmi zaowocowałyby znanym nam Obcym. Cokolwiek, byle funkcjonującego w ramach świata znanego i rozwijanego od tylu lat przez różnych reżyserów i fandom. Niestety, nas uraczono wijami, które w przedziwny sposób "ten-tegują" z ludźmi, dając w efekcie łańcuch prowadzący przez różne gatunki, w tym i kosmo-ośmiornicę, aż po pseudo-obcego. Czyli zabawa będzie kontynuowana w następnych częściach, bo gigerowskiego projektu nie ujrzeliśmy.

 
Android David - nie taki jak Bishop,
lecz zasługujący na brawa.
Wszystko to może być efektem wprowadzenia do formuły serii zagadnienia "kreacji ludzkości". Sprawa nietypowa, trudna i tak bardzo podatna na pomysły dziwnych głów. Po "Misji na Marsa" i różnych hollywoodzkich ufo-sektach mogliśmy się spodziewać prawdziwej klapy, ideologicznego manifestu, nowej ewangelizacji na miarę środowisk zdegenerowanych. I tutaj... A niech mnie! "Prometeusz" potraktował tak drażliwą kwestię w sposób jak najbardziej godny science-fiction! Nie tylko nie ma tutaj propagandy, ale też wątek poprowadzono "idąc na całość" - z konfrontacją z "bohaterką wierzącą" włącznie. I mowa tu nie o postaci wstawionej w celu prymitywnego kontrastowania "jedynie słusznej wersji" reżysera, jakiejś miernie napisanej rólce fanatyczki, a o zwyczajnej, pełnoprawnej uczestniczce fabuły! Słowem, wątek rozegrany dobrze, wcale niejednoznacznie, ale na pewno zasługujący na uwagę widza. Coś dobrego dzieje się w Hollywood - najpierw antylewacki nowy "Batman", teraz "Prometeusz" bez scjentologii.

Niestety, wady "Prometeusza" nie ograniczają się do wprasowywania go w uniwersum Obcych. Sam film pokazuje bardzo mocne sceny, możliwe, że nawet zbyt ohydne (kolega podobno byłby zwracał na sali kinowej). Mowa tu zwłaszcza o scenie "aborcji ośmiornicy". Akurat ta scena stanowi nieco wulgarne nawiązanie do znanych także z oryginalnego "Obcego" interpretacji kierujących się w stronę "fobii ciążowej". Biorąc pod uwagę fakt, że postać oryginalnego Obcego została zlepiona z różnych fobii współczesnego świata (a te bywają naprawdę dziwne) interpretacja to wcale nie tak oderwana od rzeczywistości. Tutaj jednak znów szczęśliwie - scena ta nie została wykorzystana w żaden sposób jako jakaś zawoalowana pochwała aborcji. Poważne kino to jednak poważne kino.

Natomiast wśród pomysłów, które aż proszą się o rozpisanie na nowo króluje wątek "Shaggy'ego i Scooby'ego", tj. dwóch naukowców, którzy mieli nieszczęście zgubić się w budowli Inżynierów. Najpierw bali się własnego cienia, po to, by gdy zagrożenie przybyło podjąć próbę przytulania go. Mało prawdopodobne. Podobnie późniejsza scena, w której geolog morduje członków załogi "Prometeusza" - ewidentna zrzyna z "Coś" (które nawiasem cenię sobie bardziej niż "Obcego"!) mająca na celu jedynie pozbycie się paru postaci, a nieposiadająca żadnego uzasadnienia w świecie filmu ponad jakąś abstrakcyjną "tajemniczość" dzieł Inżynierów. Bo niby dlaczego geolog, który zginął od wylania kwasu na twarz miał stać się zombie? Podobne nieścisłości niestety się w filmie zdarzają - wystarczy wspomnieć jeszcze początkową scenę, w której widzimy nawiązujące do Inżynierów starożytne malowidła. Tylko skąd ludzie wiedzieli o Inżynierach, skoro ci jedynie wylali prazupę na powierzchnię Ziemi? Niby mogli ludzkość odwiedzać także potem, ale tego z filmu się nie dowiedzieliśmy.

Pomimo tego "Prometeusz" jest filmem, z którym warto się zapoznać. Szczególnie jeśli jest się fanem świata Obcych. Bo nareszcie coś się na obcym podwórku ruszyło.

Mam też nadzieję, że żarty nie okażą się prawdą, i że "Prometeusza II" nie nakręci Cameron. Mając w pamięci "Avatara" można się domyślić, że Inżynierowie znienawidzili ludzkość ze względu na jej nieekologiczne podejście do wszechświata.

Pamiętna scena z "Ósmego pasażera Nostromo". 

P.S. Na sam koniec należy jeszcze wspomnieć o ultymatywnym, największym i najpoważniejszym zarzucie jaki można postawić "Prometeuszowi". Premierę światową miał w maju, premierę polską w lipcu. To ci dopiero postęp, po dziesięciu latach "premier światowych" (od "Ataku Klonów" w 2002r., jak mniemam). 

Bonus: jedna z wcześniejszych (komiksowych)
wersji Space Jockey'ów.

Batman raz jeszcze

Jakkolwiek ograniczony może być zasięg tej wiadomości, myślę, że pewne rzeczy zasługują na rozpowszechnianie każdą drogą.

Nie chcę uciekać od związanej z poprzednim postem masakry na pokazie nowego "Batmana" w USA. Uważam jednak, że stanowczo zbyt wiele słów zostało zmarnowanych na analizowanie zbrodniarza. Bo tam działy się rzeczy, które naprawdę zasługują na uwagę świata. Marynarze US Navy, którzy własnymi ciałami zasłonili widzów. Chłopak, który w podobny sposób uratował swoją dziewczynę, oddając życie. Inna dziewczyna, która bez żadnego przygotowania medycznego ocaliła koleżankę. John Larimer,  Jonathan Blunk, Matthew Robert McQuinn, Stephanie Davies... To jest najważniejsze. To powinno się stać przykładem dla nas wszystkich. 

Jest tyle spraw, o których można tutaj napisać. O szukaniu sensacji, epatowaniu zbrodnią, krokodylich łzach dziennikarzy i widzów, traktujących nowe wiadomości jako kolejne odcinki swojej ulubionej telenoweli... Ale całe to zło nie zasługuje na to, by poświęcać mu czas przy rzeczach naprawdę ważnych.

Dziękuję Pawłowi Burdzemu za jego tekst "Morderca zszedł z ekranu", który ukazał się ostatnio. Gdyby nie on, nie dowiedziałbym się o tym, co naprawdę stało się w kinie w Aurorze w Kolorado. 

wtorek, 31 lipca 2012

Batman w świetle dnia


"Mroczny Rycerz powstaje" zakończył trylogię Nolana. Przełamał tym samym dotychczasową regułę dwóch filmów o Batmanie na jednego reżysera. O ile możemy żałować, że Tim Burton nie miał okazji stworzyć trzeciego filmu z Keatonem, to aż dwa filmy dla twórcy tej miary co Schumacher to o dwa za dużo. A jak się rzecz ma z bohaterem chwili bieżącej?

Sprawa nie jest banalna, więc na początek trzeba stwierdzić jedno: nowy Batman jest bardzo dobry. Nolan, podobnie jak poprzednicy, stworzył własną wersję Człowieka-Nietoperza, którą konsekwentnie prowadzi. Pytanie tylko, czy postać superbohatera jest w stanie pomieścić ogrom treści, jaką stara się włożyć w jej historię reżyser? Nawet, gdy herosem jest tu bodaj najciekawsza postać z komiksowego grona? Dobrze, że Nolan podjął próbę.

[YOU ARE NOW ENTERING SPOILER SECTOR]

Film dość jawnie nawiązuje do zdarzających się ostatnimi laty "buntów społecznych". Wątek zaczyna się już od chwili pojawienia się Catwoman, która tym razem nie jest żeńską wersją Arsene Lupina, lecz raczej Robin Hooda. Oddolna redystrybucja dóbr, oczywiście sprawiedliwa, jest obecna w późniejszych przemowach Bane'a. Och, jak miło patrzeć na to, jaki  los w rzeczywistości pragnie zgotować wszystkim mieszkańcom miasta ten, który występuje przeciwko "cywilizacji Zachodu". Ogromny plus za to, że słowa te naprawdę padają w filmie! Pojawią się też trybunały rewolucyjne i nieco odmienna wersja Bastylii. Ten wątek zdaje się w filmie o wiele ciekawszym niż zmagania Bruce'a Wayne'a z własnym życiem. Wszystko to bardzo osobliwe, jak na film o Batmanie. A to nie wszystko!

Problemy Bruce'a Wayne'a też nie są typowe. Bogacz zaszył się w rezydencji, powoli tracąc swój majątek. Batman na emeryturze udanie czerpie z "Dark Knight returns" Millera. Zresztą wpływy tegoż zdają się być obecne także w przeniesieniu filmowej "powagi sytuacji" z poziomu miasta Gotham na państwowy - aż do prezydenckiego włącznie.

Mnogość wątków i postaci jest niestety również pewną słabością tego obrazu. Widzimy ich całkiem sporo, a niektóre okazują się mieć o wiele mniejszy sens, niż wykazywałby stopień uwagi im poświęcanej (dr Pavel). Ale znów - np. marginalny wątek policjanta Foley'a jest tak podnoszący na duchu i pełen dobrze zaprezentowanego patosu, że nie sposób się go czepiać.

Osobna sprawa to kostiumy. Można uważać, że Anne Hathaway z jej nieco kościstą urodą nie jest najlepszym wcieleniem Catwoman (sam tak twierdzę), lecz właściwie główny problem leży tu w jej beznadziejnym stroju. Podobnie z Bane'm - maska doprawdy osobliwa. Filmy Nolana przyzwyczaiły nas do nieco high-techowych form, ale tutaj zdają się przekraczać granice sensu.

Zaś w kwestiach sztuki filmowej, na których oczywiście się nie znam - obraz odbiega tu jakością od poprzednich części. Wtręty flashbackowe trącą myszką, a aktorzy zdają się być jakby zmęczeni swoimi rolami - zwłaszcza przez pierwszą, spokojną część filmu. Inna sprawa, że gdy akcja przyśpiesza i pojawiają się najbardziej interesujące fragmenty intrygi człowiek jest w stanie wiele wybaczyć także poprzedzającym je scenom.

Oto więc Nolan sygnuje swoim nazwiskiem trzeci film o Batmanie. Pod każdym względem nietypowy. Który bowiem Batman miał dosłownie "final battle"? Kiedy przedtem rycerz z Gotham walczył w świetle dnia? I kto wcześniej pozwolił w swoim filmie, by Bruce Wayne rozwiązał wszystkie swoje problemy w sposób ostateczny? Te i wiele innych spraw "niekanonicznych" można zbyć powołaniem się na oko i dłoń reżysera. A  mieliśmy prawdziwe szczęście gościć Nolana na naszych ekranach!


P.S. Przed seansem zaprezentowano trailer przyszłorocznego Supermana. W reżyserii Zacka Snydera, z Nolanem jako producentem. Już czekam!

niedziela, 13 maja 2012

Powiew minionej świetności



Przyjdzie nam jeszcze mierzyć
ilość Vimesa w Vimesie.
Przez lata człowiek wyrobił w sobie nawyk "nowy Pratchett = kupuję". Niestety, przyjdzie mi zrezygnować z uświęconej tradycji. Bowiem "Niuch", najnowsza powieść ze Świata Dysku, skłania do myślenia. Nawet nie tyle nad książką jako taką, ale nad samą twórczością autora.

"Niuch" jest opowieścią, którą można sobie spokojnie darować. Nawet pomimo umieszczenia jej w cenionym cyklu Świata Dysku. Nawet pomimo tego, że jej akcja kręci się wokół powszechnie cenionej postaci, jaką jest kapitan Vimes. Wszystko to są zaledwie dodatki, które niestety nie ratują średniej historii o rasistowskim traktowaniu goblinów (kolejny "add-on" do obrazu Dysku). I tragicznie niskiego poziomu humoru. Parę lat temu pewien mądry człowiek w przypływie goryczy narzekał, że "Świat Dysku to śmianie się z pierdzenia w skórzane portki". W owym czasie oburzony zacząłem gorąco zaprzeczać. Teraz nie mógłbym już podjąć się podobnej obrony. Lwia część "elementów komicznych" w najnowszym dziele Pratchetta polega na wymienianiu coraz to nowych rodzajów odchodów i form aktywności z nimi związanych. Fekalia chorobliwie fascynują też małego synka Vimesa (co stanowi wielką krzywdę narracyjną wobec tej postaci). Takie hobby. Maluch raczy się też lekturą książek dla dzieci autorstwa "pani od kupek", które (na nieszczęście) wydawane są też na naszej planecie. Już tego typu komizm całkowicie dyskredytowałby dowolną książkę, tutaj jednak mamy do czynienia z dziełem nie byle kogo, a samego Terry'ego Pratchetta. Tylko czy to argument na korzyść czy niekorzyść "Niucha"? Również kierunek rozwoju innych dyskowych postaci jest dyskusyjny. Biedni Colon i Nobby. Zredukowani do bycia ilustracją miernego morału. Nawet Willikins nie pasuje. Dalece zbyt bezpośredni jak na "dżentelmena dżentelmena"...

Nie jest tajemnicą, że Świat Dysku nie jest już serią tej klasy co dawniej. Patrząc na biblioteczkę można wysnuć teorię, że mniej więcej od "Straży Nocnej" włącznie postępuje wyraźny upadek cyklu. Skądinąd cezura ta pokrywa się ze zmianą ilustratora. Oczywiście, raczej nie miała ona wpływu na jakość twórczości Pratchetta, ale takie czytelne wizualnie rozgraniczenie wydaje się całkiem sensowne, no a poza tym efektowne. I jeśli się przyjmie to da w kość twórcom mądrości "nie oceniaj książki po okładce". Jeśli miałbym rozbudowywać ten podział, dodałbym, że ostatnią w pełni udaną powieścią z ŚD były "Ciekawe czasy". Kilka książek następujących po nich nie było złymi, o nie - ale też nie były one całkiem przednie. A potem...

Ostatnimi laty Pratchett przestał tworzyć Świat Dysku. Zaczął go meblować. Co gorsza, meblować całkowicie wedle swoich gustów i przekonań. Wydaje się, że twórca chce pozostawić po sobie nie idealne dzieło, lecz idealny porządek w dziele. Stąd rozwijający się wątek "tycoonowy" w dyskowych podseriach. Przykładem tego typu historii, w której dane "przedsiębiorstwo" jest prowadzone przez autora prosto do sukcesu była już Straż Miejska - sam więc szkielet opowieści nie jest zły. Uśmiech losu do Straży i jej niebagatelnych bohaterów można zrozumieć, czemu jednak czytelnik musi oglądać ten sam model kopiowany po wielokroć? W coraz gorszej oprawie? I to jedynie w celu wprowadzenia "postępu" (we współczesnym rozumieniu) do różnych sfer Świata Dysku. To przecież literatura, a nie piaskownica! Tymczasem Pratchett używa tego schematu w celu wyposażenia Dysku w niepotrzebne nowinki o charakterze dekoracyjnym bądź nachalnie moralizatorskim (propagandowym?). Tak zamontowano w nim Bank, Pocztę, a w sumie także i sekary. A nawet przedziwne modyfikacje obyczajowe. Dawniej Dysk był kolorowym (dosłownie) miejscem, w którym "czarni i biali żyli w zgodzie, i razem mordowali zielonych". Teraz, zdaje się, Pratchett uznał, że czytelnicy nie pojmą, że rasizm "w prawdziwym życiu" jest zły, jeśli im tego nie wyłoży w brutalny i bezpośredni sposób w historiach umiejscowionych w płaskim świecie. Którego płaskość nabiera przez to naprawdę smutnego znaczenia.

niedziela, 19 lutego 2012

Fort Nerd-o-sis

Magazyn 2000AD od kilkudziesięciu lat stanowi podstawę dla brytyjskiego komiksu science fiction. Znany przede wszystkim z historii o sędzim Dreddzie, jest on także stajnią dla paru innych tytułów - równie ważnych, choć obdarzonych mniejszą dawką blichtru. Wśród nich znajduje się Rogue Trooper.

Akcja Troopera dzieje się na odległej planecie Nu-Earth, która została skolonizowana najwyraźniej w celu stworzenia ciekawych neologizmów i zabaw językowych - jak np. Neuropa. Być może w podobnym celu wywołana została galaktyczna wojna, w której naprzeciw siebie stanęły armie Nortów i Southerów. Dało to pole do umieszczania w komiksie historycznych odniesień, które - jakkolwiek liczne - są niemal pozbawione rzeczywistego znaczenia dla fabuły. Bowiem ta powstała w oparciu nie o wojska i fronty, lecz o zawsze dobrą metodę - postać samotnego bohatera z misją.

Tytułowy Rogue Trooper to ostatni z G.I - Genetic Infantrymen*, stworzonych przez Southerów jako żołnierze idealnie przystosowani do wyjątkowo nieprzyjaznych warunków, jakie panują na przeoranej wojną powierzchni Nu-Earth. Zdeterminowany by odnaleźć zdrajcę odpowiedzialnego za śmierć pozostałych G.I., zbuntował się on przeciwko swoim dowódcom i ruszył na poszukiwania, paradoksalnie pozostając jednak wierny Southerom. Towarzyszą mu trzej pozostali G.I., którzy - dla ścisłości - sami są również pozostałościami; zredukowanymi do kostek bio-chipów. Rogue umieścił je w swoim high-tech plecaku, karabinie oraz hełmie. Towarzysze G.I. zachowali świadomość i cięty język, w związku z czym uzbrojony Rogue Trooper przypomina to co znamy z Deadpoola i jego charakterystycznego dialogowego "rozbicia na części" głównej postaci.

Historia Rogue Troopera sięga początku lat 80. XX wieku - zbiór historii z tego właśnie okresu stanowi album "Fort Neuro". Jest on kolejnym, po "The Future of War", tomem przeglądowego zestawienia przygód Troopera, obejmującym wycinek lat 1982-83. Choć niektórzy mogą kręcić nosem na niedzisiejszy sposób narracji, komiksowe historie z 2000AD sprzed lat wciąż mają swój niepowtarzalny urok. Jest to zasługą m.in. tego typowego retro posmaczku, który jednak pozostaje na tyle wyważony, że i dziś nie utrudnia lektury. Ma w tym swój udział także klasyczne, gazetowe ograniczenie kolorów do pozbawionej półtonów czerni i bieli. I oczywiście, przede wszystkim - nazwiska. To właśnie niepowtarzalny styl Cama Kennedy'ego - noszącego nieświadomie tytuł Mojego Ulubionego Rysownika - skłonił mnie szczęśliwie do zainteresowania się albumem. Czytelnik, który  również skusi się i wyląduje na Nu-Earth, zostanie uraczony blisko 200 stronami, na których zmieściło się pięć odrębnych historii: All Hell on the Dix-I Front, Assassination Run, Hats Off to Helm, Marauders i wieńczącą całość, tytułową Fort Neuro. Różnią się one dynamiką i poziomem, niemniej jednak żadna z nich nie nudzi, a rysunki pozostawiają w tyle dzisiejsze rzemiosło.


Świat Rogue Troopera może wydawać się ubogi w porównaniu z XXII wiekiem znanym z Sędziego Dredda. A jednak jego niekiedy kliszowe ujęcia i bohater wcale nie przeszkadzają w czerpaniu przyjemności z komiksowej podróży do lat wojny o Falklandy i premierostwa Margaret Thatcher!


* tak, G.I. to amerykańscy Government Issue; Rogue Trooper jest pełen tego typu miksów znaczeniowych.


środa, 25 stycznia 2012

Pokój bez klimatyzacji w standardzie



Miałem wczoraj okazję oglądnąć film pod modnym numerycznym tytułem "1408". W swej naiwności nie spodziewałem się, że można nakręcić horror - niebędący slasherem - a jednak skierowany do przygodnej publiczności, szukającej równie przygodnej rozrywki, o której zapomną być może jeszcze w trakcie seansu. Świat nasz jednak jest przebogaty i wszystko jest możliwe, oto więc jest i horror o duchach pozbawiony ducha.

Zarówno tematyka filmu jak i jego rodowód przynoszą na myśl nieśmiertelne "Lśnienie". Oba obrazy dotyczą mrocznych stron hotelarstwa, ich bohaterowie to pisarze - a to ostatnie jest jak wiadomo firmowym znakiem Stephena Kinga, który dostarczył materiału do stworzenia tych fabuł. Oczywiście w zestawieniu z potęgą tytułowaną "horrorem wszechczasów" poległby niejeden, ale "1408" nie potrafi po swoim jawnym wyzwaniu nawet stawić mu pola.

"1408" to numer przeklętego pokoju hotelowego (dający po wykonaniu prostej operacji matematycznej wynik... "13" *odgłos gromu*) w Nowym Jorku, który mógłby służyć jako ośrodek eutanazji, gdyż od początku minionego wieku życie w niewyjaśnionych okolicznościach zakończyło tam sporo ludzi - często w sposób pomysłowy. Dlatego też oświecony hotelarz, którego pochodzenie wywodzić można z Czarnego Lądu (kolejny łącznik z "Lśnieniem") decyduje się zamknąć pokój dla gości, by uniknąć - jak sam twierdzi - konieczności sprzątania po kolejnych makabrycznych wydarzeniach. Obaw przed złym pokojem nie ma natomiast autor popularnych inaczej książek o duchach - grany przez Johna Cusacka. Rychło też przychodzi mu zostać więźniem pokoju.

Pokój nr 1408 jest młodszym bratem hotelu z "Lśnienia". Widząc jaki sukces odniósł duży brat, zapragnął mu dorównać, czego też usiłuje dokonać z prawdziwie dziecięcą nieporadnością i nadużywaniem środków oddanych mu do dyspozycji (w czym trudno jednak odmówić mu pasji). Kiedy to górski hotel potrafił odpowiednio wykorzystać fakt odosobnienia, stopniować napięcie, pozostając przy tym oszczędnym w środkach i pozwalając swoim ofiarom popaść w szaleństwo, pokojowi 1408 brakuje cierpliwości. Ma on do dyspozycji daleko mniej czasu, więc by zniszczyć umysł Johna Cusacka pokój przeprowadza frontalny atak wszystkim co ma do dyspozycji, nie siląc się na jakąkolwiek subtelność. Fala za falą gościa hotelowego napadają zjawiska paranormalne - od wrednych ram okiennych, poprzez wrzątek z kranu, po coraz to cięższe jednostki. Wśród nich morderca z nożem, który znika, mumia w kanałach wentylacyjnych, wizje samobójców-poprzedników, ruchome ściany, wreszcie sztorm (!). Wobec tak oczywistych starań obłęd Cusacka staje sie po prostu drobną kurtuazją, z której ten jednak szybko rezygnuje, gdy pokój za bardzo wczuje się w rolę. Nic dziwnego, że taka mieszanka domagała się zakończenia w stylu klasycznego kina akcji. Widz nie zawiedzie się tutaj, gdyż rzeczywiście "1408" kończy się formą "badass", co jednak pasuje do konwencji filmu. Choć już z udanym horrorem - podobnie jak cała ta wyliczanka - nie ma wiele wspólnego.
Ratunku, ten pokój nie wie co robi.

Prawdą jest, że młodszy brat miał tu pod górkę - nie tylko pozostając w cieniu "Lśnienia". Fabuła dała mu tylko jedną noc na udowodnienie swej potęgi, gdy starszy miał całą zimę. Starszy dysponował przerażającym efektem odcięcia od świata, młodszy musi silić się na uzyskanie stanu odosobnienia dla swych ofiar w centrum Nowego Jorku. Wreszcie Nicholson wraz z rodziną to nie pojedynczy Cusack z problemami. W "Lśnieniu" nieco dziwne dziecko z eteryczną matką o rusałkowatej urodzie - w "1408" zlały się w jedną postać córki pisarza, która to jednak - znów - nie jest tym, czego wymagałby horror. Może, gdyby odciąć się tu od dziedzictwa "Lśnienia" i zrobić z "1408" film stricte akcji? Czołganie się po wentylacji, pojedynki ze zjawami, wybuchy i inne bombastyczne elementy sugerują pójście w tym właśnie kierunku...

"1408" jest ciekawostką, którą można zobaczyć - głównie jako eksponat wystawy "Na co nam przyszło" - w celu porównania z "Lśnieniem", do którego film wprost się odnosi. Jednakże, choć obraz ponosi klęskę w budowie napięcia, tworzeniu uczucia osaczenia i odosobnienia, a nawet w straszeniu widza efektami typu "BU! spadnij z krzesła", nie jest on filmem, o którym z czystym sumieniem można powiedzieć - zły. Pomimo tego, że nie udało się mu osiągnąć postawionych sobie w czasie tworzenia celów, efekt końcowy nie jest przeciwieństwem sukcesu, a zaledwie jego brakiem. To paradoksalnie jest film nieudany, który jednak nie osiągnął dna i trwa w stanie zawieszenia, przez co pewnie znajdą się i tacy, którzy wakacyjną porą, nie mogąc natrafić na nic innego w TV, oglądną i to. Film przeminie, nie pozostawiając po sobie zgoła nic - w tym jednak i negatywnych emocji i uczuć.

piątek, 25 listopada 2011

80 milionów

Lata późnej PRL to temat niemal nienaruszony - przynajmniej w powszechnej świadomości dzieła na jego temat nie funkcjonują. Czy jest tak dlatego, że "wszyscy to pamiętają", czy też zwyczajnie nie może być inaczej, bo "wszyscy TO pamiętają"? Nie wnikam.

Szczęśliwie, "80 milionów" to film wychodzący w kierunku tych właśnie ziem dziewiczych i lądów nieodkrytych. I broni się sam. Seans obowiązkowy!