Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komiks. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Komiks. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

"Prometeusz" i iskierka nadziei



Na wezwanie T.R. postanowiłem wysmażyć kilka słów o nowym dziele Ridley'a Scotta. Oj, bardzo bałem się tej produkcji. Co prawda zwykłem podchodzić do oglądanych obrazów dając im carte blanche, ale przecieki na długo przed premierą zakłóciły mój spokój i wzbudziły obawy. Hollywood będzie się znowu bawić w "odkrywanie" nieboskiego pochodzenia ludzkości?  Obcy, tak - ci Obcy! - jako wyhodowana sztucznie broń biologiczna? To nie mogło wypalić. A jednak...

"Prometeusz" nie jest filmem bez wad, jednak jego zalety przebijają się na pierwszy plan. Fabuła, wystarczająco tajemnicza, oplatająca bohaterów. Powrót do klasyki - wyprawa odcięta od wszelkiej pomocy z zewnątrz, badająca mroczne pozostałości nieznanej rasy... Jeśli ktoś jeszcze żałował, że załoga "Nostromo" nie mogła bliżej zbadać swojego niespodziewanego odkrycia i podzielić się tym z widzami, teraz będzie miał okazję zobaczyć parę ciekawych rzeczy pośród dobrze zaprojektowanej scenerii. Nie jest to co prawda tak dobry powrót do retro-estetyki jak można było sądzić po trailerach, ale - podobnie jak w nowym "Starciu Tytanów" - chwała i za to!

Tylko tutaj właśnie pojawia się Problem. Otóż, "Prometeusz" obroniłby się samodzielnie, bez konieczności wpisywania go w uniwersum Obcego. Tymczasem, niestety, wprowadza on do wszechświata Xenomorphów zmiany w ilościach nadprogramowych. Podobnie uczynił nie tak dawno George Lucas z sagą "Gwiezdnych Wojen" i choć Ridley Scott przeprowadza rewolucję w dużo lepszym stylu, niesmak pozostaje. Można by się spodziewać, że najbardziej "oberwie" się Space Jockey'om, którzy teraz stali się "Inżynierami". Tutaj jednak nie jest źle - o tej rasie z filmów wiedzieliśmy bardzo mało - a powiedzmy, że komiksy pomijam. Było więc spore pole manewru, na którym Scott mógł się bawić. Pomysł z przedstawieniem tego, co wcześniej uważaliśmy za "trąbę" Space Jockey'a jako jego skafandra uważam za całkiem ciekawy. W projektach tych istot pozostaje najwięcej ze stylu klasycznych filmów z Obcym. Czymś, co z kolei w uniwersum nie mieści się w żadnym wypadku, jest przedstawiony w filmie "mix gatunkowy". Tak naprawdę (wbrew temu co piszą niektórzy dziennikarze) w filmie nie ujrzeliśmy Obcego ani razu, natomiast mogliśmy podziwiać przedziwny i niepotrzebny miszmasz istot przeradzających sie w coraz to inne monstra. Mówiąc wprost, w Sali z Głową powinny się znajdować jaja Obcych, bądź też kontenery z tymi jajami. Bądź też zarodki jakiegoś pre-aliena, które po połączeniu się z ludźmi zaowocowałyby znanym nam Obcym. Cokolwiek, byle funkcjonującego w ramach świata znanego i rozwijanego od tylu lat przez różnych reżyserów i fandom. Niestety, nas uraczono wijami, które w przedziwny sposób "ten-tegują" z ludźmi, dając w efekcie łańcuch prowadzący przez różne gatunki, w tym i kosmo-ośmiornicę, aż po pseudo-obcego. Czyli zabawa będzie kontynuowana w następnych częściach, bo gigerowskiego projektu nie ujrzeliśmy.

 
Android David - nie taki jak Bishop,
lecz zasługujący na brawa.
Wszystko to może być efektem wprowadzenia do formuły serii zagadnienia "kreacji ludzkości". Sprawa nietypowa, trudna i tak bardzo podatna na pomysły dziwnych głów. Po "Misji na Marsa" i różnych hollywoodzkich ufo-sektach mogliśmy się spodziewać prawdziwej klapy, ideologicznego manifestu, nowej ewangelizacji na miarę środowisk zdegenerowanych. I tutaj... A niech mnie! "Prometeusz" potraktował tak drażliwą kwestię w sposób jak najbardziej godny science-fiction! Nie tylko nie ma tutaj propagandy, ale też wątek poprowadzono "idąc na całość" - z konfrontacją z "bohaterką wierzącą" włącznie. I mowa tu nie o postaci wstawionej w celu prymitywnego kontrastowania "jedynie słusznej wersji" reżysera, jakiejś miernie napisanej rólce fanatyczki, a o zwyczajnej, pełnoprawnej uczestniczce fabuły! Słowem, wątek rozegrany dobrze, wcale niejednoznacznie, ale na pewno zasługujący na uwagę widza. Coś dobrego dzieje się w Hollywood - najpierw antylewacki nowy "Batman", teraz "Prometeusz" bez scjentologii.

Niestety, wady "Prometeusza" nie ograniczają się do wprasowywania go w uniwersum Obcych. Sam film pokazuje bardzo mocne sceny, możliwe, że nawet zbyt ohydne (kolega podobno byłby zwracał na sali kinowej). Mowa tu zwłaszcza o scenie "aborcji ośmiornicy". Akurat ta scena stanowi nieco wulgarne nawiązanie do znanych także z oryginalnego "Obcego" interpretacji kierujących się w stronę "fobii ciążowej". Biorąc pod uwagę fakt, że postać oryginalnego Obcego została zlepiona z różnych fobii współczesnego świata (a te bywają naprawdę dziwne) interpretacja to wcale nie tak oderwana od rzeczywistości. Tutaj jednak znów szczęśliwie - scena ta nie została wykorzystana w żaden sposób jako jakaś zawoalowana pochwała aborcji. Poważne kino to jednak poważne kino.

Natomiast wśród pomysłów, które aż proszą się o rozpisanie na nowo króluje wątek "Shaggy'ego i Scooby'ego", tj. dwóch naukowców, którzy mieli nieszczęście zgubić się w budowli Inżynierów. Najpierw bali się własnego cienia, po to, by gdy zagrożenie przybyło podjąć próbę przytulania go. Mało prawdopodobne. Podobnie późniejsza scena, w której geolog morduje członków załogi "Prometeusza" - ewidentna zrzyna z "Coś" (które nawiasem cenię sobie bardziej niż "Obcego"!) mająca na celu jedynie pozbycie się paru postaci, a nieposiadająca żadnego uzasadnienia w świecie filmu ponad jakąś abstrakcyjną "tajemniczość" dzieł Inżynierów. Bo niby dlaczego geolog, który zginął od wylania kwasu na twarz miał stać się zombie? Podobne nieścisłości niestety się w filmie zdarzają - wystarczy wspomnieć jeszcze początkową scenę, w której widzimy nawiązujące do Inżynierów starożytne malowidła. Tylko skąd ludzie wiedzieli o Inżynierach, skoro ci jedynie wylali prazupę na powierzchnię Ziemi? Niby mogli ludzkość odwiedzać także potem, ale tego z filmu się nie dowiedzieliśmy.

Pomimo tego "Prometeusz" jest filmem, z którym warto się zapoznać. Szczególnie jeśli jest się fanem świata Obcych. Bo nareszcie coś się na obcym podwórku ruszyło.

Mam też nadzieję, że żarty nie okażą się prawdą, i że "Prometeusza II" nie nakręci Cameron. Mając w pamięci "Avatara" można się domyślić, że Inżynierowie znienawidzili ludzkość ze względu na jej nieekologiczne podejście do wszechświata.

Pamiętna scena z "Ósmego pasażera Nostromo". 

P.S. Na sam koniec należy jeszcze wspomnieć o ultymatywnym, największym i najpoważniejszym zarzucie jaki można postawić "Prometeuszowi". Premierę światową miał w maju, premierę polską w lipcu. To ci dopiero postęp, po dziesięciu latach "premier światowych" (od "Ataku Klonów" w 2002r., jak mniemam). 

Bonus: jedna z wcześniejszych (komiksowych)
wersji Space Jockey'ów.

Batman raz jeszcze

Jakkolwiek ograniczony może być zasięg tej wiadomości, myślę, że pewne rzeczy zasługują na rozpowszechnianie każdą drogą.

Nie chcę uciekać od związanej z poprzednim postem masakry na pokazie nowego "Batmana" w USA. Uważam jednak, że stanowczo zbyt wiele słów zostało zmarnowanych na analizowanie zbrodniarza. Bo tam działy się rzeczy, które naprawdę zasługują na uwagę świata. Marynarze US Navy, którzy własnymi ciałami zasłonili widzów. Chłopak, który w podobny sposób uratował swoją dziewczynę, oddając życie. Inna dziewczyna, która bez żadnego przygotowania medycznego ocaliła koleżankę. John Larimer,  Jonathan Blunk, Matthew Robert McQuinn, Stephanie Davies... To jest najważniejsze. To powinno się stać przykładem dla nas wszystkich. 

Jest tyle spraw, o których można tutaj napisać. O szukaniu sensacji, epatowaniu zbrodnią, krokodylich łzach dziennikarzy i widzów, traktujących nowe wiadomości jako kolejne odcinki swojej ulubionej telenoweli... Ale całe to zło nie zasługuje na to, by poświęcać mu czas przy rzeczach naprawdę ważnych.

Dziękuję Pawłowi Burdzemu za jego tekst "Morderca zszedł z ekranu", który ukazał się ostatnio. Gdyby nie on, nie dowiedziałbym się o tym, co naprawdę stało się w kinie w Aurorze w Kolorado. 

wtorek, 31 lipca 2012

Batman w świetle dnia


"Mroczny Rycerz powstaje" zakończył trylogię Nolana. Przełamał tym samym dotychczasową regułę dwóch filmów o Batmanie na jednego reżysera. O ile możemy żałować, że Tim Burton nie miał okazji stworzyć trzeciego filmu z Keatonem, to aż dwa filmy dla twórcy tej miary co Schumacher to o dwa za dużo. A jak się rzecz ma z bohaterem chwili bieżącej?

Sprawa nie jest banalna, więc na początek trzeba stwierdzić jedno: nowy Batman jest bardzo dobry. Nolan, podobnie jak poprzednicy, stworzył własną wersję Człowieka-Nietoperza, którą konsekwentnie prowadzi. Pytanie tylko, czy postać superbohatera jest w stanie pomieścić ogrom treści, jaką stara się włożyć w jej historię reżyser? Nawet, gdy herosem jest tu bodaj najciekawsza postać z komiksowego grona? Dobrze, że Nolan podjął próbę.

[YOU ARE NOW ENTERING SPOILER SECTOR]

Film dość jawnie nawiązuje do zdarzających się ostatnimi laty "buntów społecznych". Wątek zaczyna się już od chwili pojawienia się Catwoman, która tym razem nie jest żeńską wersją Arsene Lupina, lecz raczej Robin Hooda. Oddolna redystrybucja dóbr, oczywiście sprawiedliwa, jest obecna w późniejszych przemowach Bane'a. Och, jak miło patrzeć na to, jaki  los w rzeczywistości pragnie zgotować wszystkim mieszkańcom miasta ten, który występuje przeciwko "cywilizacji Zachodu". Ogromny plus za to, że słowa te naprawdę padają w filmie! Pojawią się też trybunały rewolucyjne i nieco odmienna wersja Bastylii. Ten wątek zdaje się w filmie o wiele ciekawszym niż zmagania Bruce'a Wayne'a z własnym życiem. Wszystko to bardzo osobliwe, jak na film o Batmanie. A to nie wszystko!

Problemy Bruce'a Wayne'a też nie są typowe. Bogacz zaszył się w rezydencji, powoli tracąc swój majątek. Batman na emeryturze udanie czerpie z "Dark Knight returns" Millera. Zresztą wpływy tegoż zdają się być obecne także w przeniesieniu filmowej "powagi sytuacji" z poziomu miasta Gotham na państwowy - aż do prezydenckiego włącznie.

Mnogość wątków i postaci jest niestety również pewną słabością tego obrazu. Widzimy ich całkiem sporo, a niektóre okazują się mieć o wiele mniejszy sens, niż wykazywałby stopień uwagi im poświęcanej (dr Pavel). Ale znów - np. marginalny wątek policjanta Foley'a jest tak podnoszący na duchu i pełen dobrze zaprezentowanego patosu, że nie sposób się go czepiać.

Osobna sprawa to kostiumy. Można uważać, że Anne Hathaway z jej nieco kościstą urodą nie jest najlepszym wcieleniem Catwoman (sam tak twierdzę), lecz właściwie główny problem leży tu w jej beznadziejnym stroju. Podobnie z Bane'm - maska doprawdy osobliwa. Filmy Nolana przyzwyczaiły nas do nieco high-techowych form, ale tutaj zdają się przekraczać granice sensu.

Zaś w kwestiach sztuki filmowej, na których oczywiście się nie znam - obraz odbiega tu jakością od poprzednich części. Wtręty flashbackowe trącą myszką, a aktorzy zdają się być jakby zmęczeni swoimi rolami - zwłaszcza przez pierwszą, spokojną część filmu. Inna sprawa, że gdy akcja przyśpiesza i pojawiają się najbardziej interesujące fragmenty intrygi człowiek jest w stanie wiele wybaczyć także poprzedzającym je scenom.

Oto więc Nolan sygnuje swoim nazwiskiem trzeci film o Batmanie. Pod każdym względem nietypowy. Który bowiem Batman miał dosłownie "final battle"? Kiedy przedtem rycerz z Gotham walczył w świetle dnia? I kto wcześniej pozwolił w swoim filmie, by Bruce Wayne rozwiązał wszystkie swoje problemy w sposób ostateczny? Te i wiele innych spraw "niekanonicznych" można zbyć powołaniem się na oko i dłoń reżysera. A  mieliśmy prawdziwe szczęście gościć Nolana na naszych ekranach!


P.S. Przed seansem zaprezentowano trailer przyszłorocznego Supermana. W reżyserii Zacka Snydera, z Nolanem jako producentem. Już czekam!

niedziela, 19 lutego 2012

Fort Nerd-o-sis

Magazyn 2000AD od kilkudziesięciu lat stanowi podstawę dla brytyjskiego komiksu science fiction. Znany przede wszystkim z historii o sędzim Dreddzie, jest on także stajnią dla paru innych tytułów - równie ważnych, choć obdarzonych mniejszą dawką blichtru. Wśród nich znajduje się Rogue Trooper.

Akcja Troopera dzieje się na odległej planecie Nu-Earth, która została skolonizowana najwyraźniej w celu stworzenia ciekawych neologizmów i zabaw językowych - jak np. Neuropa. Być może w podobnym celu wywołana została galaktyczna wojna, w której naprzeciw siebie stanęły armie Nortów i Southerów. Dało to pole do umieszczania w komiksie historycznych odniesień, które - jakkolwiek liczne - są niemal pozbawione rzeczywistego znaczenia dla fabuły. Bowiem ta powstała w oparciu nie o wojska i fronty, lecz o zawsze dobrą metodę - postać samotnego bohatera z misją.

Tytułowy Rogue Trooper to ostatni z G.I - Genetic Infantrymen*, stworzonych przez Southerów jako żołnierze idealnie przystosowani do wyjątkowo nieprzyjaznych warunków, jakie panują na przeoranej wojną powierzchni Nu-Earth. Zdeterminowany by odnaleźć zdrajcę odpowiedzialnego za śmierć pozostałych G.I., zbuntował się on przeciwko swoim dowódcom i ruszył na poszukiwania, paradoksalnie pozostając jednak wierny Southerom. Towarzyszą mu trzej pozostali G.I., którzy - dla ścisłości - sami są również pozostałościami; zredukowanymi do kostek bio-chipów. Rogue umieścił je w swoim high-tech plecaku, karabinie oraz hełmie. Towarzysze G.I. zachowali świadomość i cięty język, w związku z czym uzbrojony Rogue Trooper przypomina to co znamy z Deadpoola i jego charakterystycznego dialogowego "rozbicia na części" głównej postaci.

Historia Rogue Troopera sięga początku lat 80. XX wieku - zbiór historii z tego właśnie okresu stanowi album "Fort Neuro". Jest on kolejnym, po "The Future of War", tomem przeglądowego zestawienia przygód Troopera, obejmującym wycinek lat 1982-83. Choć niektórzy mogą kręcić nosem na niedzisiejszy sposób narracji, komiksowe historie z 2000AD sprzed lat wciąż mają swój niepowtarzalny urok. Jest to zasługą m.in. tego typowego retro posmaczku, który jednak pozostaje na tyle wyważony, że i dziś nie utrudnia lektury. Ma w tym swój udział także klasyczne, gazetowe ograniczenie kolorów do pozbawionej półtonów czerni i bieli. I oczywiście, przede wszystkim - nazwiska. To właśnie niepowtarzalny styl Cama Kennedy'ego - noszącego nieświadomie tytuł Mojego Ulubionego Rysownika - skłonił mnie szczęśliwie do zainteresowania się albumem. Czytelnik, który  również skusi się i wyląduje na Nu-Earth, zostanie uraczony blisko 200 stronami, na których zmieściło się pięć odrębnych historii: All Hell on the Dix-I Front, Assassination Run, Hats Off to Helm, Marauders i wieńczącą całość, tytułową Fort Neuro. Różnią się one dynamiką i poziomem, niemniej jednak żadna z nich nie nudzi, a rysunki pozostawiają w tyle dzisiejsze rzemiosło.


Świat Rogue Troopera może wydawać się ubogi w porównaniu z XXII wiekiem znanym z Sędziego Dredda. A jednak jego niekiedy kliszowe ujęcia i bohater wcale nie przeszkadzają w czerpaniu przyjemności z komiksowej podróży do lat wojny o Falklandy i premierostwa Margaret Thatcher!


* tak, G.I. to amerykańscy Government Issue; Rogue Trooper jest pełen tego typu miksów znaczeniowych.


sobota, 24 września 2011

"V jak Vendetta" idzie w politykę

Ach, lata osiemdziesiąte. Ważny czas w historii komiksu. To tej dekady sięgają początki tylu znanych i uznanych dzieł... "Strażnicy", "Powrót Mrocznego Rycerza", "V jak Vendetta"... To już blisko trzydzieści lat - pokolenie. Nie, nie zamierzam określać tu jakiegoś komiksu jako wydarzenia pokoleniowego - to nie ta skala. Z perspektywy czasu trudno natomiast odmówić pewnym albumom* określonej siły wpływu na współczesną popkulturę. Tak, tu jest miejsce w sam raz dla komiksu. Weźmy na ten przykład "Vendettę", której elementy zagościły wśród ludu. Rewelacyjnie zaprojektowana maska, znane logo w anarchistycznym stylu, no i właśnie sam - tak modny zwłaszcza wśród młodzieży - anarchizm w wydaniu postaci, którą można polubić, bohatera... a może raczej antybohatera? Maska, symbol - tak to wszystko świetne, ale to tylko elementy, przykrycie dla tego czym naprawdę postać przedstawiająca się jako V jest i co sobą prezentuje.

V walczy z totalitarnym reżimem na Wyspach Brytyjskich. Czytelnik widzi, że źle się dzieje w Zjednoczonym Królestwie. To fakt, z którym nie sposób się nie zgodzić. V natomiast sprzeciwia się złu. Czy jednak już to czyni go dobrym? Postacią pozytywną? Mechanizm "wróg mojego wroga jest moim przyjacielem" to model, funkcjonujący w określonych warunkach, a nie wyznacznik wartości moralnej. Zarówno w życiu jak i w fikcji, nie każdy konflikt musi przechodzić na linii dobrzy-źli. Zaznaczywszy to, możemy przejść dalej.

Walcząc z systemem politycznym w jaki wpędziło się komiksowe społeczeństwo, V projektuje już obraz świata w jaki chciałby wprowadzić ludzkość. Treść wypowiedzi V w tej mierze jest jasna i klarowna. Wolność. Nie, no piękny cel dla politycznego przedsięwzięcia. Nasz bohater źródło wolności widzi zaś w anarchii, a środkiem do osiągnięcia anarchii ogłasza rewolucję. Wolność, Anarchia, Rewolucja. Z poglądami głoszonymi przez V łączy się kilka ciekawych problemów.

1) V zamierza przeprowadzić rewolucję, która da wszystkim wolność - poprzez anarchię. Postulowana tu wolność jest wzięciem odpowiedzialności za samego siebie - "to be your own boss". Przecież jednak bycie sobie samemu szefem nie oznacza automatycznie podążania za V w stronę anarchii. Paradoksalnie, władza jaką człowiek ma nad sobą samym pozwala mu także na dobrowolne przekazanie części tejże władzy komuś innemu. W interesującym nas kontekście tym "innym" jest państwo. V zbywa kwestię stojąc na tle obrazów Hitlera, Stalina, Mussoliniego - uznając a priori każdą formę państwa za aparat przymusu (zgodnie z prawdą) i zbrodniczy system (co jest już fałszem). Czymże jednak jest podążenie za przywódcą, za V, jak nie inną formą tego samego zjawiska wyzbycia się części wolności (zjawisko samo w sobie nie jest złe - idzie mi jedynie o wykazanie mechanicznego podobieństwa).

Warto tu za "Historią doktryn politycznych i prawnych" przytoczyć koncepcję państwa jako instytucji powołanej dla szerszego realizowania możliwości człowieka (a więc poszerzenia jego wolności). Thomas Hobbes[1] nakreślił następujący obraz: przedpaństwowy stan natury był czasem, w którym człowiek - wedle Hobbesa naturalny egoista - żył w stanie "jak gdyby każdy był w wojnie z każdym innym" (oczywiście Hobbes nie mógł być pewien, iż stan taki istniał historycznie - choć napływające ówczesne informacje o ludach Ameryki nie przeczyły tym założeniom). Człowiek targany namiętnościami jest jednak istotą obdarzoną rozumem, co odróżnia go od zwierząt. Powodowany rozumem instynkt samozachowawczy nakłania człowieka do życia w pokoju oraz do "rezygnacji z naturalnej swobody na rzecz innych ludzi". Stan przedpaństwowy - stan aktualnego lub potencjalnego konfliktu - czynił jednak niemożliwym efektywne stosowanie tychże darów rozumu - gdyż panowała w nim "subiektywna wolność naturalna", która z konieczności zapewnienia sobie przetrwania "dawała człowiekowi prawo do każdej rzeczy, nawet do ciała drugiego człowieka". Brak sankcji zdolnych wyegzekwować prawo - także natury - w stanie przedpaństwowym sprawiał, że rozum ludzki nie mógł wyjść ponad namiętności - "ugody bez miecza są tylko słowami i nie mają mocy, by dać człowiekowi bezpieczeństwo". Według Hobbesa jednak ludzie, poprzez czynny akt woli (!) zawiązali umowę społeczną - "daję upoważnienie i przekazuję moje uprawnienia do rządzenia moją osobą temu człowiekowi albo temu zgromadzeniu, pod tym warunkiem, że i Ty przekażesz mu swoje uprawnienia i upoważnisz go do wszystkich jego działań w sposób podobny". Tak powstały aparat państwowy Hobbes uznawał za absolutnego władcę jednostek. Jednak zaznaczał granicę posłuszeństwa wobec władzy: "Zobowiązanie poddanych w stosunku do suwerena trwa tak długo i nie dłużej niż trwa moc, dzięki której jest on zdolny ich ochraniać" - czyli do momentu, do kiedy władza jest w stanie wypełniać cel umowy.

Inny filozof, John Locke[2], uznawał, że zakładany stan natury nie wyglądał aż tak czarno jak w obrazie Hobbesa. Człowiek - istota rozumna - od początku miał podporządkowywać się prawu natury, poznawanemu dzięki rozumowi właśnie. Choć jednak taki stan natury dysponował ładem moralnym, pozostawał stanem niepewności (bo jak np. człowiek ma zawsze w sobie godzić ideały człowieczeństwa z własnymi potrzebami, na domiar jeszcze będąc sędzią we własnej sprawie?). Ludzie zdecydowali się więc na utworzenie rządu przede wszystkim z konieczności karania przestępców. Umowa społeczna według Locke'a była dwuczęściowa - ludzie najpierw powołali społeczeństwo, które to z kolei powołało państwo. Umowa tejże konstrukcji wzmocniła prawa ludzi - zabezpieczyła bowiem ich życie, wolność i własność. Ponadto władzy państwowej w tym modelu nie wolno było wkraczać do sfery prywatnej, religijnej, kulturalnej i społecznej (jakże inaczej niż dziś). Wobec władzy nadużywającej zaufania społecznego nie negował zasadności buntu, radził jednak wystrzegać się pochopności takiego czynu, związanego nierozerwalnie z zamętem. Niebezpieczeństwo tyranii proponował zwalczyć poprzez zawczasu odpowiednie zorganizowanie rządu (postulował też własny model podziału władz).

Nie wszystkich może przekonywać strona "opowieści" zawarta w koncepcjach Umowy Społecznej. Warto jednak w takim razie skupić się na założeniach modelowych dotyczących instytucji państwa w ogólności, zawartych w tychże koncepcjach - jego celach, legitymizacji, roli wśród ludzi. Warto, zanim ludzki twór tak powszechny i o tak wielkim wkładzie w rozwój ludzkości uzna się za zło, pomyłkę i aberrację.

Wracając do "Vendetty". Państwo przedstawione w komiksie jest totalitarne, co w oczywisty sposób ma na celu budowę kontrastu i tym łatwiejsze uzasadnienie anarchistycznych postulatów V. Wpadanie jednak w pułapkę dualizmu "totalitaryzm (państwo) - anarchizm (wolność)" ma jednak jeszcze mniej zasadności niż rozróżnianie "naziści (źli) - komuniści (dobrzy)" w II wojnie światowej. V przedstawia słuszną postawę podejmowania odpowiedzialności za samego siebie jako przeciwstawną wobec tworzenia struktur państwowych. Tymczasem jednak to właśnie uświadomienie sobie własnego znaczenia i przyjęcie na siebie odpowiedzialności za los swój i innych leżą u podstaw każdego organizmu państwowego. Problem zawsze leży nie w państwie jako takim, a w tym jakie państwo obywatele sobie tworzą ("jak sobie pościelesz..."). Słusznym jest więc głoszenie "be your own boss", jednak już wiązanie tego hasła z nakazem podążania za ideami V stawia go na równi z innymi tyranami - ponieważ odmawia ludziom rozumu, zdolności do samodzielnej refleksji.

2) Po obdarzeniu ludzi wolnością, V pragnie poprowadzić ich drogą anarchii. Anarchizm[3] nie jest założeniem jednolitym, istnieją różne jego formy. Można jednak przyjąć, że anarchizm jako taki neguje zasadność istnienia państwa. Anarchiści uznają, że wspomniany wyżej autorytet wymierzający sankcje jest niepotrzebny - wręcz zły - ponieważ to władza jest źródłem wszelkiej przemocy, ludzie zaś z natury dążą do współpracy i niechętni są konfrontacjom. Powiedziano, że anarchizm nie jest ruchem jednorodnym - przewiduje np. osiągnięcie upragnionego stanu drogą rewolucji, lub też tę rewolucje potępia. V oczywiście jest zwolennikiem pierwszej opcji. Nie zgodziłby sie z nim Pierre Proudhon, który wybierając drogę reform głosił, że zniesienie państwa w drodze rewolucji jest niemożliwe, gdyż takie np. przejęcie władzy przez robotników w rzeczywistości wymagałoby ustanowienia właśnie silnej władzy (dyktatura proletariatu). V dużo wyżej zdaje się cenić poglądy Michaiła Bakunina, który z rewolucji czynił niezbędny element przejścia do stanu bezpaństwowego. "Zawodowi rewolucjoniści" mieliby poderwać masy do obalenia władzy, zawczasu stosując terroryzm i inne środki przybliżające wybuch wśród ludu - społeczeństwo musiałoby być doprowadzone do ostateczności, by podjąć rewolucyjny bój. Bakunin uznawał za niepotrzebne zarówno państwo jak i prawo, które jako nierozerwalnie związane ze sobą, wspólnie miałyby też zginąć. Wizję przyszłego społeczeństwa bezpaństwowego Bakunin oparł na własnych wyobrażeniach (koncepcje marzycieli w polityce są szczególnie niebezpieczne). Według niego przyszłe społeczeństwo, będące w przeciwieństwie do państwa tworem natury, będzie oparte na naturalnej ludzkiej solidarności i woli kooperacji. Tym samym Bakunin (podobnie jak i Kropotkin) przeczą hipotezie Hobbesa o stanie przedpaństwowym jako wiecznej wojnie każdego z każdym. O ile jednak założenia Hobbesa odnośnie stanu natury były jedynie punktem wyjścia dla konstrukcji istotnego modelu umowy społecznej i państwa, o tyle u anarchistów stanowią cel. Mówiąc wprost - uzyskanie hipotetycznego stanu sprzed powstania państwa, stanu o którym nie wiadomo czy kiedykolwiek w historii istniał, traktują oni jako pewnik.

Najprościej jest tu przytoczyć odpowiedni fragment z książki Bocheńskiego pt. "Sto zabobonów":

"ANARCHIZM. (...) Anarchia to wyraz grecki, oznaczający ustrój - albo raczej rozstrój - w którym nie ma żadnego przymusu, a więc i autorytetu* deontycznego sankcji. Anarchia jest oczywistym zabobonem, przynajmniej jeśli odnosi się do społeczeństw złożonych. W ciągu 5000 lat dziejów ludzkości nie jest znany ani jeden wypadek, w którym anarchia nie byłaby połączona z ogromną masą niesprawiedliwości, mordów itp. i z szybkim upadkiem społeczeństwa. Można wiec być anarchistą tylko pod warunkiem, że się zakłada inny jeszcze zabobon, a mianowicie wierzenie w postęp*. 
Warto zauważyć, że zwolennicy anarchizmu nie zawsze przeczą konieczności wszelkiego autorytetu, ale tylko autorytetu sankcji. Wydaje się im, że dobrowolnie uznany autorytet powinien wystarczyć i że ludzie mu się poddadzą, nawet gdy żadna sankcja im nie grozi. (...) Wiadomo bowiem, że w każdym społeczeństwie bez wyjątku jest pewien odsetek jednostek niekarnych względnie zbrodniczych, nie poddających się woli większości. W naszych czasach jest to jeszcze bardziej oczywiste niż dawniej. 
Przyczyną rozpowszechnienia tego zabobonu jest odczuwanie istniejącego porządku i panującej władzy jako niesprawiedliwych, co w wielu wypadkach może być słuszne. Ale anarchizm nie jest lekarstwem na to zło, bo prowadzi zwykle do większych nieszczęść, niż te, od których chciałby ludzi uwolnić (...)"[4]

Tak więc, V wprowadzając anarchię w imię wolności nie liczy się absolutnie ani z ludźmi, którzy tak rozumianej wolności nie pragną ("nie ma wolności dla wrogów wolności"...) ani ze zdrowym rozsądkiem, który każe zwrócić uwagę na niejednolitość ideową każdego społeczeństwa. Wprowadza tu przymus rewolucyjny.

3) Jako drogę do osiągnięcia postawionych sobie celów V wybiera rewolucję. Zgodnie z wytycznymi Bakunina pogarsza sytuację w totalitarnym państwie, by przyspieszyć wybuch niepokojów. Osiąga przy tym postawiony przez Hobbesa warunek zakończenia umowy społecznej - państwo przestaje zapewniać bezpieczeństwo. Przejawia przy tym szczególne myślenie życzeniowe - stawia się w roli przewodnika narodu...pardon, w anarchistycznej terminologii będzie to oczywiście "społeczeństwo", przewodnika, za którym mają pójść masy, w jego mniemaniu teraz już obdarzone wolnością i poczuciem samoodpowiedzialności, jakoby gotowe do zaprowadzenia systemu anarchistycznego. Jednak system ten, jak wspomniano negujący zasadność sankcji, z oczywistych względów nie jest w stanie zaistnieć, zwłaszcza biorąc pod uwagę naturalną skłonność człowieka do istnienia w zbiorowości, a w tejże zbiorowości ustanawiania hierarchicznych struktur. Struktury takie nie są z kolei w stanie istnieć bez prawa, choćby było to jedynie prymitywne prawo silniejszego, samca alfa. Trudno uznać, że społeczeństwo, zwłaszcza rozwinięte, zechciałoby świadomie dążyć do osiągnięcia takiego właśnie "porządku".  Społeczeństwo poderwane jest tu jednak do działania w drodze rewolucji. Rewolucja ta jest przede wszystkim rewolucją "przeciw", a nie rewolucją "dla" - przeciw systemowi totalitarnemu, a nie dla zaprowadzenia anarchii. Zaryzykuję stwierdzenia, że każda duża rewolucja była przede wszystkim rewolucją "przeciw", gdy zaś rewolucje "dla" nie były w stanie zebrać mas. V uruchamia więc dla realizacji swoich celów słabo zjednoczony ruch społeczny - którego wolę będzie musiał nagiąć chcąc wprowadzić na ich bagnetach swoje ideały. Cel uświęca środki. Tyle tytułem rewolucji.

Słowem podsumowania, ciekawym faktem jest, że V nie jest w stanie obronić swoich poglądów w sposób rozumowy. Nie stosuje tu "ewangelizacji" - nie wykłada swoich przekonań, nie uzasadnia ich próbując przekonać ewentualnych rozmówców do własnych racji, zostawiając im wolny wybór w ocenie przedstawionych poglądów. Według V Evey musi dostąpić oświecenia - co oznacza tu przeprowadzenie prania mózgu (by mogła się wyzwolić - dość "sekciarskie" podejście jak na...działacza politycznego). Policjant nie może zrozumieć V... dopóki nie zażyje LSD. Bardzo profesjonalne. Jest to o tyle dziwne, że V jako funkcjonujący w fikcyjnym świecie miał okazję bardzo konkretnego wyłożenia swoich racji w bardzo sprzyjającym środowisku nakreślonym mu przez autora. Czyżby była to rysa na legendzie "Vendetty", czy też poglądy te są niemożliwe do uzasadnienia?

Można powiedzieć, że właściwie nie ma sensu roznosić się tak nad polityczną stroną "V jak Vendetta". Można. Ale nie sposób stwierdzić, że komiks politycznej strony nie posiada - a skoro ma taką (i to dosyć rozbudowaną) to dobrze jest jej się przyjrzeć. Tym bardziej, że sporo osób zauroczonych jest maską, logiem, hasłami... To tylko popkultura, ale i aż popkultura. Tłumy chodzą w modnych koszulkach z twarzą Che Guevary, przyznając się w ten sposób do jego osoby, wyrażając uznanie... i nic o nim nie wiedząc. A zawsze trzeba pamiętać, że idee mają konsekwencje.


*wprawdzie popularności "V jak Vendetta" dostarczył także film, jednak obraz w nim - co przyznaje sam Alan Moore - jest mocno stonowany, dlatego też skupiłem się przede wszystkim na wizji zawartej w komiksie.

Korzystałem z następujących:
-"V for Vendetta";
-"Historia doktryn politycznych i prawnych", K. Chojnicka, H, Olszewski;
-"Sto zabobonów", J. Bocheński;
-odpowiednie przedmioty na uniwersytecie;











[1]Informacje i cytaty za:  "Epigon doktryny absoulutyzmu: Hobbes" [w:] "Historia doktryn politycznych i prawnych" K. Chojnicka i H. Olszewski;
[2] Informacje i cytaty za:  "Liberalizm polityczny: Locke" [w:] "Historia doktryn politycznych i prawnych" K. Chojnicka i H. Olszewski;
[3] Informacje i cytaty za:  "Anarchizm", "Anarchoindywidualizm: Proundhon", "Anarchizm gminny: Bakunin", "Anarchokomunizm: Kropotkin" [w:] "Historia doktryn politycznych i prawnych" K. Chojnicka i H. Olszewski;
[4] "Anarchizm" [w:] "Sto zabobonów", J. Bocheński;

sobota, 6 sierpnia 2011

Staruszek Logan, czyli Tam i z Powrotem

Zachęcam do przyjrzenia się mojemu gościnnemu występowi w mateczniku Anonimowego Grzybiarza. Spektakl poświęcony jest albumowi Marka Millara pt. "Old Man Logan". Zapraszam!