Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Film. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 września 2012

Umbrella, straciłaś przyjaciela


Słownik zaliczony. Hasło: "retrybucja". Status: nie znaleziono. Wdrażam protokół internetowy. Wikipedia: odnaleziono. Znaczenie: sprawiedliwa kara. Status: jestem odrobinę mądrzejszy ( i ty też - o ile nie sam wcześniej nie sprawdziłeś).


Filmy z serii "Resident Evil" to jest coś. Milla Jovovich, zombie, takie klimaty. Było bardzo fajnie. Jedynka, dwójka, trójka, czwórka... Nawet jeśli ktoś się oburzał nad mniemaną "durnotom" tu i ówdzie - wszystko to było wpisane w formułę filmów. I tak świetnie działało! Inna ważna rzecz - ruchome obrazki z "Residenta" nie poszły drogą gier z tejże serii, które (choć zawsze grywalne) poczęły uskuteczniać najdebilniejsze z debilnych konceptów, odchodząc niestety od tego, co w cyklu najlepsze - tj. klasycznych, snujących się żywych trupów i Wielkiej Złej Korporacji Umbrella. Kiedy w grach pojawiły się "pasożyty Las Plagas", twórcy filmu po prostu przenieśli akcję do Las Vegas. I jest to najbardziej trafny komentarz do poczynań gierorobów. A teraz - jak mawia Papcio Chmiel: "WTEM!"...

Krótko: wszystkie chore pomysły z gier znalazły swoje miejsce w najnowszym filmie pt. "Resident Evil: Retrybucja". Wsadzono je do tajnego laboratorium Umbrelli na Kamczatce - dosłownie i w przenośni na końcu świata. Las Plagas (tu w sowieckich kostiumach!). Fioletowa Power Ranger Jill Valentine z jej pajączkiem na piersiach (nieszczere gratulacje za wiernie odtworzony dyskotekowy kostium z growego RE5!). Umbrella to też już coś innego. Jednocześnie pozbyto się klasycznych trupich wolnochodów, zastępując je biegającymi zombie. C'est horrible! Zawsze ceniłem sobie dobre romerowskie zombie - "biegacze" udają się twórcom dużo rzadziej. Wyjątkiem jest tu np. remake "Świtu żywych trupów" autorstwa Snydera... I co? I w nowym RE mamy scenę tak mocno nawiązującą do tegoż dzieła, że właściwie przyklejoną do jego pleców. W sumie nie jest to problem - scena pojawienia się zombie na przedmieściach jest całkiem udana. Ale szybko się kończy.

Cały film składa się z kilkunastu scen strzelanin wielce luźno połączonych nitką szczątkowej linii głównej - Alice musi się wydostać z bazy wroga. Wbrew cynikom nie jest to opis typowego kina akcji. Nawet jeśli ktoś nie przepada (lub snobuje się na takiego) za kinem "zabili-go-i-uciekł", powinien wiedzieć, że w każdym gatunku są filmy realizujące swoją formułę dobrze lub źle. Akurat nowy RE ogląda się - w przeciwieństwie do czterech poprzednich - źle. Już "prolog" w postaci puszczonego "od tyłu" epilogu poprzedniej części to zwyczajnie teledyskowy montaż i puste efekciarstwo. Przez "puste" rozumiem tu "bezsensowne", czyli nie służące niczemu, nawet podziwianiu tejże kanonady. W filmie akcji nie wystarczy po prostu postawić naprzeciwko siebie dwóch lub więcej stron i kazać im strzelać.

Kolejny problem - aktorzy. Przenieśmy się w czasie i przestrzeni do grodzkiego Składu Tanich Książek. Pracują tam ludzie wykształceni, prowadzący często naprawdę ciekawe rozmowy (głośne i wyraźne - nie żebym podsłuchiwał). Pamiętam jak dwóch gości dyskutowało tam o Milli Jovovich właśnie. Że fajnie strzela sobie w "Resident Evil". Ale jeden z nich dodał, że przecież to nie jest aktorka jeno od takich ról - że wystarczy wspomnieć "Joannę d'Arc" z nią  w roli głównej (ostatnio trudno dostępny film). I rzeczywiście! Zawsze lubiłem Millę J. i wiedziałem, że co jak co, ale swoje odegrać potrafi. Szkoda tylko, że w nowym RE zdolności aktorskie jej, jak i Michelle Rodriguez i paru innych znanych stąd i stamtąd, smutnie kontrastują z tym, co pokazują nam np. Sienna Guillory (Jill Valentine), Johan Urb (Leon S. Kennedy) czy Bingbing Li (Ada Wong). Nawiasem: Ady Wong też nie było we wcześniejszych częściach filmu. Nie znaliśmy dobra jej nieobecności, póki nam go nie odebrano.



Cóż więc pozostaje? Nadzieja, której sztandarem łopoce Albert "Johnny Bravo" Wesker. Powstrzymując się od spoilerów powiem tylko, że Wesker pojawia się na samym końcu filmu, zwiastując nam naprawdę widowiskową "ostateczną rozgrywkę". Oby udało się ją nakręcić. I oby była lepsza niż to, co właśnie zobaczyłem.

Podsumowując: "Resident Evil: Retrybucja" to film łącznikowy pomiędzy poszczególnymi częściami. Dodatkowo niezbyt dobry - polecić go można tylko fanom, a i to raczej po uprzednim zastanowieniu. W każdym razie czekam na następną część. W przypadku gier z "Residenta" kolejny epizod ma być powrotem do sprawdzonej klasyki. A jak będzie w kinie?


P.S. Film był tylko w 3D. Nie lubię płacić dodatkowo za coś czego wcale nie chcę. Następnym razem, gdy coś będzie tylko w "cudownym trójwymiarze" to chyba poczekam z rok, aż wejdzie do telewizora. 



poniedziałek, 6 sierpnia 2012

"Prometeusz" i iskierka nadziei



Na wezwanie T.R. postanowiłem wysmażyć kilka słów o nowym dziele Ridley'a Scotta. Oj, bardzo bałem się tej produkcji. Co prawda zwykłem podchodzić do oglądanych obrazów dając im carte blanche, ale przecieki na długo przed premierą zakłóciły mój spokój i wzbudziły obawy. Hollywood będzie się znowu bawić w "odkrywanie" nieboskiego pochodzenia ludzkości?  Obcy, tak - ci Obcy! - jako wyhodowana sztucznie broń biologiczna? To nie mogło wypalić. A jednak...

"Prometeusz" nie jest filmem bez wad, jednak jego zalety przebijają się na pierwszy plan. Fabuła, wystarczająco tajemnicza, oplatająca bohaterów. Powrót do klasyki - wyprawa odcięta od wszelkiej pomocy z zewnątrz, badająca mroczne pozostałości nieznanej rasy... Jeśli ktoś jeszcze żałował, że załoga "Nostromo" nie mogła bliżej zbadać swojego niespodziewanego odkrycia i podzielić się tym z widzami, teraz będzie miał okazję zobaczyć parę ciekawych rzeczy pośród dobrze zaprojektowanej scenerii. Nie jest to co prawda tak dobry powrót do retro-estetyki jak można było sądzić po trailerach, ale - podobnie jak w nowym "Starciu Tytanów" - chwała i za to!

Tylko tutaj właśnie pojawia się Problem. Otóż, "Prometeusz" obroniłby się samodzielnie, bez konieczności wpisywania go w uniwersum Obcego. Tymczasem, niestety, wprowadza on do wszechświata Xenomorphów zmiany w ilościach nadprogramowych. Podobnie uczynił nie tak dawno George Lucas z sagą "Gwiezdnych Wojen" i choć Ridley Scott przeprowadza rewolucję w dużo lepszym stylu, niesmak pozostaje. Można by się spodziewać, że najbardziej "oberwie" się Space Jockey'om, którzy teraz stali się "Inżynierami". Tutaj jednak nie jest źle - o tej rasie z filmów wiedzieliśmy bardzo mało - a powiedzmy, że komiksy pomijam. Było więc spore pole manewru, na którym Scott mógł się bawić. Pomysł z przedstawieniem tego, co wcześniej uważaliśmy za "trąbę" Space Jockey'a jako jego skafandra uważam za całkiem ciekawy. W projektach tych istot pozostaje najwięcej ze stylu klasycznych filmów z Obcym. Czymś, co z kolei w uniwersum nie mieści się w żadnym wypadku, jest przedstawiony w filmie "mix gatunkowy". Tak naprawdę (wbrew temu co piszą niektórzy dziennikarze) w filmie nie ujrzeliśmy Obcego ani razu, natomiast mogliśmy podziwiać przedziwny i niepotrzebny miszmasz istot przeradzających sie w coraz to inne monstra. Mówiąc wprost, w Sali z Głową powinny się znajdować jaja Obcych, bądź też kontenery z tymi jajami. Bądź też zarodki jakiegoś pre-aliena, które po połączeniu się z ludźmi zaowocowałyby znanym nam Obcym. Cokolwiek, byle funkcjonującego w ramach świata znanego i rozwijanego od tylu lat przez różnych reżyserów i fandom. Niestety, nas uraczono wijami, które w przedziwny sposób "ten-tegują" z ludźmi, dając w efekcie łańcuch prowadzący przez różne gatunki, w tym i kosmo-ośmiornicę, aż po pseudo-obcego. Czyli zabawa będzie kontynuowana w następnych częściach, bo gigerowskiego projektu nie ujrzeliśmy.

 
Android David - nie taki jak Bishop,
lecz zasługujący na brawa.
Wszystko to może być efektem wprowadzenia do formuły serii zagadnienia "kreacji ludzkości". Sprawa nietypowa, trudna i tak bardzo podatna na pomysły dziwnych głów. Po "Misji na Marsa" i różnych hollywoodzkich ufo-sektach mogliśmy się spodziewać prawdziwej klapy, ideologicznego manifestu, nowej ewangelizacji na miarę środowisk zdegenerowanych. I tutaj... A niech mnie! "Prometeusz" potraktował tak drażliwą kwestię w sposób jak najbardziej godny science-fiction! Nie tylko nie ma tutaj propagandy, ale też wątek poprowadzono "idąc na całość" - z konfrontacją z "bohaterką wierzącą" włącznie. I mowa tu nie o postaci wstawionej w celu prymitywnego kontrastowania "jedynie słusznej wersji" reżysera, jakiejś miernie napisanej rólce fanatyczki, a o zwyczajnej, pełnoprawnej uczestniczce fabuły! Słowem, wątek rozegrany dobrze, wcale niejednoznacznie, ale na pewno zasługujący na uwagę widza. Coś dobrego dzieje się w Hollywood - najpierw antylewacki nowy "Batman", teraz "Prometeusz" bez scjentologii.

Niestety, wady "Prometeusza" nie ograniczają się do wprasowywania go w uniwersum Obcych. Sam film pokazuje bardzo mocne sceny, możliwe, że nawet zbyt ohydne (kolega podobno byłby zwracał na sali kinowej). Mowa tu zwłaszcza o scenie "aborcji ośmiornicy". Akurat ta scena stanowi nieco wulgarne nawiązanie do znanych także z oryginalnego "Obcego" interpretacji kierujących się w stronę "fobii ciążowej". Biorąc pod uwagę fakt, że postać oryginalnego Obcego została zlepiona z różnych fobii współczesnego świata (a te bywają naprawdę dziwne) interpretacja to wcale nie tak oderwana od rzeczywistości. Tutaj jednak znów szczęśliwie - scena ta nie została wykorzystana w żaden sposób jako jakaś zawoalowana pochwała aborcji. Poważne kino to jednak poważne kino.

Natomiast wśród pomysłów, które aż proszą się o rozpisanie na nowo króluje wątek "Shaggy'ego i Scooby'ego", tj. dwóch naukowców, którzy mieli nieszczęście zgubić się w budowli Inżynierów. Najpierw bali się własnego cienia, po to, by gdy zagrożenie przybyło podjąć próbę przytulania go. Mało prawdopodobne. Podobnie późniejsza scena, w której geolog morduje członków załogi "Prometeusza" - ewidentna zrzyna z "Coś" (które nawiasem cenię sobie bardziej niż "Obcego"!) mająca na celu jedynie pozbycie się paru postaci, a nieposiadająca żadnego uzasadnienia w świecie filmu ponad jakąś abstrakcyjną "tajemniczość" dzieł Inżynierów. Bo niby dlaczego geolog, który zginął od wylania kwasu na twarz miał stać się zombie? Podobne nieścisłości niestety się w filmie zdarzają - wystarczy wspomnieć jeszcze początkową scenę, w której widzimy nawiązujące do Inżynierów starożytne malowidła. Tylko skąd ludzie wiedzieli o Inżynierach, skoro ci jedynie wylali prazupę na powierzchnię Ziemi? Niby mogli ludzkość odwiedzać także potem, ale tego z filmu się nie dowiedzieliśmy.

Pomimo tego "Prometeusz" jest filmem, z którym warto się zapoznać. Szczególnie jeśli jest się fanem świata Obcych. Bo nareszcie coś się na obcym podwórku ruszyło.

Mam też nadzieję, że żarty nie okażą się prawdą, i że "Prometeusza II" nie nakręci Cameron. Mając w pamięci "Avatara" można się domyślić, że Inżynierowie znienawidzili ludzkość ze względu na jej nieekologiczne podejście do wszechświata.

Pamiętna scena z "Ósmego pasażera Nostromo". 

P.S. Na sam koniec należy jeszcze wspomnieć o ultymatywnym, największym i najpoważniejszym zarzucie jaki można postawić "Prometeuszowi". Premierę światową miał w maju, premierę polską w lipcu. To ci dopiero postęp, po dziesięciu latach "premier światowych" (od "Ataku Klonów" w 2002r., jak mniemam). 

Bonus: jedna z wcześniejszych (komiksowych)
wersji Space Jockey'ów.

Batman raz jeszcze

Jakkolwiek ograniczony może być zasięg tej wiadomości, myślę, że pewne rzeczy zasługują na rozpowszechnianie każdą drogą.

Nie chcę uciekać od związanej z poprzednim postem masakry na pokazie nowego "Batmana" w USA. Uważam jednak, że stanowczo zbyt wiele słów zostało zmarnowanych na analizowanie zbrodniarza. Bo tam działy się rzeczy, które naprawdę zasługują na uwagę świata. Marynarze US Navy, którzy własnymi ciałami zasłonili widzów. Chłopak, który w podobny sposób uratował swoją dziewczynę, oddając życie. Inna dziewczyna, która bez żadnego przygotowania medycznego ocaliła koleżankę. John Larimer,  Jonathan Blunk, Matthew Robert McQuinn, Stephanie Davies... To jest najważniejsze. To powinno się stać przykładem dla nas wszystkich. 

Jest tyle spraw, o których można tutaj napisać. O szukaniu sensacji, epatowaniu zbrodnią, krokodylich łzach dziennikarzy i widzów, traktujących nowe wiadomości jako kolejne odcinki swojej ulubionej telenoweli... Ale całe to zło nie zasługuje na to, by poświęcać mu czas przy rzeczach naprawdę ważnych.

Dziękuję Pawłowi Burdzemu za jego tekst "Morderca zszedł z ekranu", który ukazał się ostatnio. Gdyby nie on, nie dowiedziałbym się o tym, co naprawdę stało się w kinie w Aurorze w Kolorado. 

wtorek, 31 lipca 2012

Batman w świetle dnia


"Mroczny Rycerz powstaje" zakończył trylogię Nolana. Przełamał tym samym dotychczasową regułę dwóch filmów o Batmanie na jednego reżysera. O ile możemy żałować, że Tim Burton nie miał okazji stworzyć trzeciego filmu z Keatonem, to aż dwa filmy dla twórcy tej miary co Schumacher to o dwa za dużo. A jak się rzecz ma z bohaterem chwili bieżącej?

Sprawa nie jest banalna, więc na początek trzeba stwierdzić jedno: nowy Batman jest bardzo dobry. Nolan, podobnie jak poprzednicy, stworzył własną wersję Człowieka-Nietoperza, którą konsekwentnie prowadzi. Pytanie tylko, czy postać superbohatera jest w stanie pomieścić ogrom treści, jaką stara się włożyć w jej historię reżyser? Nawet, gdy herosem jest tu bodaj najciekawsza postać z komiksowego grona? Dobrze, że Nolan podjął próbę.

[YOU ARE NOW ENTERING SPOILER SECTOR]

Film dość jawnie nawiązuje do zdarzających się ostatnimi laty "buntów społecznych". Wątek zaczyna się już od chwili pojawienia się Catwoman, która tym razem nie jest żeńską wersją Arsene Lupina, lecz raczej Robin Hooda. Oddolna redystrybucja dóbr, oczywiście sprawiedliwa, jest obecna w późniejszych przemowach Bane'a. Och, jak miło patrzeć na to, jaki  los w rzeczywistości pragnie zgotować wszystkim mieszkańcom miasta ten, który występuje przeciwko "cywilizacji Zachodu". Ogromny plus za to, że słowa te naprawdę padają w filmie! Pojawią się też trybunały rewolucyjne i nieco odmienna wersja Bastylii. Ten wątek zdaje się w filmie o wiele ciekawszym niż zmagania Bruce'a Wayne'a z własnym życiem. Wszystko to bardzo osobliwe, jak na film o Batmanie. A to nie wszystko!

Problemy Bruce'a Wayne'a też nie są typowe. Bogacz zaszył się w rezydencji, powoli tracąc swój majątek. Batman na emeryturze udanie czerpie z "Dark Knight returns" Millera. Zresztą wpływy tegoż zdają się być obecne także w przeniesieniu filmowej "powagi sytuacji" z poziomu miasta Gotham na państwowy - aż do prezydenckiego włącznie.

Mnogość wątków i postaci jest niestety również pewną słabością tego obrazu. Widzimy ich całkiem sporo, a niektóre okazują się mieć o wiele mniejszy sens, niż wykazywałby stopień uwagi im poświęcanej (dr Pavel). Ale znów - np. marginalny wątek policjanta Foley'a jest tak podnoszący na duchu i pełen dobrze zaprezentowanego patosu, że nie sposób się go czepiać.

Osobna sprawa to kostiumy. Można uważać, że Anne Hathaway z jej nieco kościstą urodą nie jest najlepszym wcieleniem Catwoman (sam tak twierdzę), lecz właściwie główny problem leży tu w jej beznadziejnym stroju. Podobnie z Bane'm - maska doprawdy osobliwa. Filmy Nolana przyzwyczaiły nas do nieco high-techowych form, ale tutaj zdają się przekraczać granice sensu.

Zaś w kwestiach sztuki filmowej, na których oczywiście się nie znam - obraz odbiega tu jakością od poprzednich części. Wtręty flashbackowe trącą myszką, a aktorzy zdają się być jakby zmęczeni swoimi rolami - zwłaszcza przez pierwszą, spokojną część filmu. Inna sprawa, że gdy akcja przyśpiesza i pojawiają się najbardziej interesujące fragmenty intrygi człowiek jest w stanie wiele wybaczyć także poprzedzającym je scenom.

Oto więc Nolan sygnuje swoim nazwiskiem trzeci film o Batmanie. Pod każdym względem nietypowy. Który bowiem Batman miał dosłownie "final battle"? Kiedy przedtem rycerz z Gotham walczył w świetle dnia? I kto wcześniej pozwolił w swoim filmie, by Bruce Wayne rozwiązał wszystkie swoje problemy w sposób ostateczny? Te i wiele innych spraw "niekanonicznych" można zbyć powołaniem się na oko i dłoń reżysera. A  mieliśmy prawdziwe szczęście gościć Nolana na naszych ekranach!


P.S. Przed seansem zaprezentowano trailer przyszłorocznego Supermana. W reżyserii Zacka Snydera, z Nolanem jako producentem. Już czekam!

środa, 25 stycznia 2012

Pokój bez klimatyzacji w standardzie



Miałem wczoraj okazję oglądnąć film pod modnym numerycznym tytułem "1408". W swej naiwności nie spodziewałem się, że można nakręcić horror - niebędący slasherem - a jednak skierowany do przygodnej publiczności, szukającej równie przygodnej rozrywki, o której zapomną być może jeszcze w trakcie seansu. Świat nasz jednak jest przebogaty i wszystko jest możliwe, oto więc jest i horror o duchach pozbawiony ducha.

Zarówno tematyka filmu jak i jego rodowód przynoszą na myśl nieśmiertelne "Lśnienie". Oba obrazy dotyczą mrocznych stron hotelarstwa, ich bohaterowie to pisarze - a to ostatnie jest jak wiadomo firmowym znakiem Stephena Kinga, który dostarczył materiału do stworzenia tych fabuł. Oczywiście w zestawieniu z potęgą tytułowaną "horrorem wszechczasów" poległby niejeden, ale "1408" nie potrafi po swoim jawnym wyzwaniu nawet stawić mu pola.

"1408" to numer przeklętego pokoju hotelowego (dający po wykonaniu prostej operacji matematycznej wynik... "13" *odgłos gromu*) w Nowym Jorku, który mógłby służyć jako ośrodek eutanazji, gdyż od początku minionego wieku życie w niewyjaśnionych okolicznościach zakończyło tam sporo ludzi - często w sposób pomysłowy. Dlatego też oświecony hotelarz, którego pochodzenie wywodzić można z Czarnego Lądu (kolejny łącznik z "Lśnieniem") decyduje się zamknąć pokój dla gości, by uniknąć - jak sam twierdzi - konieczności sprzątania po kolejnych makabrycznych wydarzeniach. Obaw przed złym pokojem nie ma natomiast autor popularnych inaczej książek o duchach - grany przez Johna Cusacka. Rychło też przychodzi mu zostać więźniem pokoju.

Pokój nr 1408 jest młodszym bratem hotelu z "Lśnienia". Widząc jaki sukces odniósł duży brat, zapragnął mu dorównać, czego też usiłuje dokonać z prawdziwie dziecięcą nieporadnością i nadużywaniem środków oddanych mu do dyspozycji (w czym trudno jednak odmówić mu pasji). Kiedy to górski hotel potrafił odpowiednio wykorzystać fakt odosobnienia, stopniować napięcie, pozostając przy tym oszczędnym w środkach i pozwalając swoim ofiarom popaść w szaleństwo, pokojowi 1408 brakuje cierpliwości. Ma on do dyspozycji daleko mniej czasu, więc by zniszczyć umysł Johna Cusacka pokój przeprowadza frontalny atak wszystkim co ma do dyspozycji, nie siląc się na jakąkolwiek subtelność. Fala za falą gościa hotelowego napadają zjawiska paranormalne - od wrednych ram okiennych, poprzez wrzątek z kranu, po coraz to cięższe jednostki. Wśród nich morderca z nożem, który znika, mumia w kanałach wentylacyjnych, wizje samobójców-poprzedników, ruchome ściany, wreszcie sztorm (!). Wobec tak oczywistych starań obłęd Cusacka staje sie po prostu drobną kurtuazją, z której ten jednak szybko rezygnuje, gdy pokój za bardzo wczuje się w rolę. Nic dziwnego, że taka mieszanka domagała się zakończenia w stylu klasycznego kina akcji. Widz nie zawiedzie się tutaj, gdyż rzeczywiście "1408" kończy się formą "badass", co jednak pasuje do konwencji filmu. Choć już z udanym horrorem - podobnie jak cała ta wyliczanka - nie ma wiele wspólnego.
Ratunku, ten pokój nie wie co robi.

Prawdą jest, że młodszy brat miał tu pod górkę - nie tylko pozostając w cieniu "Lśnienia". Fabuła dała mu tylko jedną noc na udowodnienie swej potęgi, gdy starszy miał całą zimę. Starszy dysponował przerażającym efektem odcięcia od świata, młodszy musi silić się na uzyskanie stanu odosobnienia dla swych ofiar w centrum Nowego Jorku. Wreszcie Nicholson wraz z rodziną to nie pojedynczy Cusack z problemami. W "Lśnieniu" nieco dziwne dziecko z eteryczną matką o rusałkowatej urodzie - w "1408" zlały się w jedną postać córki pisarza, która to jednak - znów - nie jest tym, czego wymagałby horror. Może, gdyby odciąć się tu od dziedzictwa "Lśnienia" i zrobić z "1408" film stricte akcji? Czołganie się po wentylacji, pojedynki ze zjawami, wybuchy i inne bombastyczne elementy sugerują pójście w tym właśnie kierunku...

"1408" jest ciekawostką, którą można zobaczyć - głównie jako eksponat wystawy "Na co nam przyszło" - w celu porównania z "Lśnieniem", do którego film wprost się odnosi. Jednakże, choć obraz ponosi klęskę w budowie napięcia, tworzeniu uczucia osaczenia i odosobnienia, a nawet w straszeniu widza efektami typu "BU! spadnij z krzesła", nie jest on filmem, o którym z czystym sumieniem można powiedzieć - zły. Pomimo tego, że nie udało się mu osiągnąć postawionych sobie w czasie tworzenia celów, efekt końcowy nie jest przeciwieństwem sukcesu, a zaledwie jego brakiem. To paradoksalnie jest film nieudany, który jednak nie osiągnął dna i trwa w stanie zawieszenia, przez co pewnie znajdą się i tacy, którzy wakacyjną porą, nie mogąc natrafić na nic innego w TV, oglądną i to. Film przeminie, nie pozostawiając po sobie zgoła nic - w tym jednak i negatywnych emocji i uczuć.

piątek, 25 listopada 2011

80 milionów

Lata późnej PRL to temat niemal nienaruszony - przynajmniej w powszechnej świadomości dzieła na jego temat nie funkcjonują. Czy jest tak dlatego, że "wszyscy to pamiętają", czy też zwyczajnie nie może być inaczej, bo "wszyscy TO pamiętają"? Nie wnikam.

Szczęśliwie, "80 milionów" to film wychodzący w kierunku tych właśnie ziem dziewiczych i lądów nieodkrytych. I broni się sam. Seans obowiązkowy!

niedziela, 2 października 2011

Nakręćmy to raz jeszcze - "Bitwa Warszawska"

Pierwsza polska superprodukcja od czasu "Ogniem i Mieczem" (12 lat!).

Nie ukrywam, że wiązałem z "Bitwą Warszawską" olbrzymie nadzieje. Zawczasu uznałem, że film ma u mnie do momentu premiery nielimitowany kredyt zaufania i nieważne są złe reklamy, trailery - dopóki go nie obejrzę nie powiem nic. Bo to obraz na zbyt istotny temat, by sobie na nim język strzępić. Być może mój częściowy zawód spowodowało, iż spodziewałem się zbyt wiele - oczekiwałem wszak epopei a dostałem zaledwie film. Liczyłem, że tym jednym zrywem polskie kino podniesie się z kolan, wyjdzie z bagna komedyjek romantycznych. Niestety, na razie tylko podnosi ono wzrok. Najnowszy film Hoffmana pełen jest błędów sztuki i niewykorzystanego potencjału, lecz po prostu nie możemy pozwolić sobie na zmieszanie go z błotem. Krytykanctwo, czyli nieuprawniona lub nieumiejętna krytyka, narzekanie, biadolenie, jojczenie, w tym konkretnym wypadku niesie ze sobą zagrożenie, że kolejnej polskiej superprodukcji możemy już nie ujrzeć. Nie oznacza to, że mamy przejść do porządku dziennego nad nieledwie miernością wspomnianego obrazu. Najlepiej byłoby, gdyby krytyka potraktowała wobec tego filmu swoje zadanie serio, i wytykając to co złe, zachęcała twórców polskiego kina do podwojenia wysiłków. Tym bardziej, że "Bitwa Warszawska" nie jest filmem całkiem złym - ponieważ prócz wad zawiera ona także kilka naprawdę dobrych elementów.

To co w filmie złe, związane jest przede wszystkim z nadmierną ekspozycją wątku romantycznego. W filmie o wojnie nie oczekuję scen wodewilowych i prywatnych, domagam się natomiast klarownej wizji frontów, uczynienia wojny właśnie osią akcji. Tymczasem twórcy "Bitwy..." epatują widza komediowymi postaciami aktoreczek upijających dziwkarza-kapitana żandarmerii. Biorąc pod uwagę, że "comic relief" został już wcześniej umieszczony w duecie szyfrantów, Flipa i Flapa w wersji inteligenckiej (który to duet jacyś dziwni ludzie usiłują teraz interpretować jako parę...homoseksualistów), sceny aktorek to Marnotrawienie Czasu Ekranowego. Film obyłby się bez tego typu "żartobliwych" wstawek, lecz twórcom - wydaje się - zabrakło odwagi, by potraktować tę wojnę w 100% serio. W wojnie z bolszewikami Polacy spisali się jak nigdy - pokolenie naszych pradziadków podjęło heroiczną walkę i wygrało ją, ratując - jak to się mówi w lżejszym kinie - "świat przed zagładą", a co jest tu prawdą. Dodatkowo była to wojna, jak żadna inna, która przebiegła wedle wszelkich reguł sztuki. Literackiej. W zawiązaniu akcji ruszyliśmy na wojnę, by poprzez perypetie, przegrywając, niemalże pokonani znaleźć się pod ścianą i w ostatnim momencie, wbrew wszystkiemu podnieść się i zwyciężyć, ratując siebie i Europę! Gdyby Amerykanie mieli w swojej historii taką wojnę, Hollywood nie kręciłby już filmów o niczym innym! Taki potencjał dramatyczny! To materiał na film sam w sobie - bez konieczności "wzbogacania" fabuły mało porywającymi i odbywającymi się w oderwaniu od konfliktu przygodami bohaterów, niewiele wnoszącymi do całości historii. Niestety, w filmie prawie nie mamy poczucia zagrożenia Polski przez nadciągającą nawałę - to efekt uznania wyższości fabularnej historyjki Jana Krynickiego nad całościowym obrazem. Pod Warszawę Armia Czerwona też niemalże się teleportuje. No, i bolszewicy nie zostali odmalowani wystarczająco realistycznie (nie przypuszczam, by bolszewicki komisarz jął się karać krasnoarmiejców za gwałt...).

Niestety, ten wątek prywatny w filmie wypada źle także przez pracę aktorów. Nie wiem, czy winę ponoszą tu scenarzyści, reżyser czy sami aktorzy, ale efekt końcowy nie powala. Daniel Olbrychski w roli Piłsudskiego wypada zbyt zdziadziale, brak tej postaci werwy i energii Marszałka. I nie podejrzewam by była to wina wieku aktora. Nieszczęsna Urbańska grzeszy nie złą grą, lecz pożeraniem czasu ekranowego - o czym była mowa. Linda zdaje się nie grać Wieniawy, XX-wiecznego księcia Poniatowskiego - bawidamka i bohatera, a jakiegoś typowego adiutanta. Można wymieniać, gdyż lista postaci jest spora. Wiąże się to z kolejną wadą filmu, mianowicie z chaotycznym, teledyskowym montażem. Nagromadzenie wątków nie sprzyja śledzeniu akcji, cała wojna polsko-bolszewicka staje się niewyraźnym tłem dla rzucanego w tę i we w tę Jana Krynickiego (Szyc)...




Akurat zaś sceny batalistyczne w filmie są zrobione naprawdę dobrze. Brakuje tylko szerszych ujęć w stylu "Władcy Pierścieni", na których moglibyśmy ujrzeć biegnące ku sobie armie, szarże kawalerii... Za mało Kossaka w tych kadrach! Przecież jego "Bitwa pod Komarowem" to... to wszystko! Niemniej jednak, te nieco bardziej "kameralne" sceny walk w okopach czy na ulicach zrobione są w sposób wskazujący, że inaczej niż w wypadku najnowszej ekranizacji "Quo Vadis" pieniądze z budżetu filmu został wykorzystane tak jak powinny. Świetne kostiumy - zarówno aktorów, jak i statystów - dopełniają wcale udanych obrazów militarnych.


Jest w tym filmie natomiast jedna scena, która prawdziwie warta jest przebrnięcia przez wszystkie mielizny. Scena śmierci księdza Skorupki. Łukasz Garlicki zasługuje na największe brawa z całej filmowej ekipy. Potraktował swoją rolę serio i efekt zapiera dech w piersiach. W tej scenie najpełniej widać o co toczyła się ta wojna. Nie można tu mówić o żadnej bohaterszczyźnie, tanim heroizmie. Są ludzie, którzy wedle odruchu Pawłowa uznali, że na każdą podniosłą scenę trzeba reagować negatywnie i zmieszać ją z błotem. Nieprawda, prawdziwe hasła "Bóg-Honor-Ojczyzna" są na antypodach kiczu. Nieśli je ludzie więksi niż my. I gdyby nie ludzie spod tych haseł, nikt z nas nie rozmawiałby o tym filmie. I zapewne nie rozmawiałby z nikim w ogóle. Chyba, że z drzewami na Syberii.

Jakby nie próbować, nie da się zrealizować filmu na taki temat bez przyjęcia patriotycznej perspektywy. I gdyby reszta filmu została nakręcona z podobnym zrozumieniem historii, co wspomniana scena, mielibyśmy hit.

[EPILOG]

"O tym, że dumać na paryskim bruku,
Przynosząc z miasta uszy pełne stuku,
Przeklęstw i kłamstwa, niewczesnych zamiarów,
Za późnych żalów, potępieńczych swarów!"


...I tu wracamy znowu do naszego filmowego bagienka, z którego "Bitwa..." była próbą wyjścia. Oglądając od czasu do czasu bardzo dobre, lecz robione niestety skromnym sumptem polskie filmy, uciekając od zalewu jakże tanich, choć o większym budżecie, komedyjek, przyjdzie nam czekać na prawdziwie udaną polską superprodukcję. Na ten czas, niewiedzieć jak długi, do przemyślenia rzucam cytat:

"Stanowisko zajmowane przez władze okupacyjne ustalił m.in. Joseph Goebbels w rozmowie z gubernatorem Frankiem 31 października 1939 roku: polscy mieszkańcy GG zasadniczo nie powinni mieć teatrów, kin, kabaretów, aby im nie przywodzić na oczy tego, co utracili, jeżeli w dużych miastach zajdzie potrzeba, jak np. w Warszawie, odciągnięcia Polaków z ulicy za pomocą przedstawień kinowych, będzie się o tym decydować od przypadku do przypadku. Odcięci od wysokiej kultury i publicznych form kultywowania ducha narodowego Polacy mieli więc być karmieni - jak to ujął okólnik władz GG z 1940 roku - rozrywką prymitywną i płytką. Jeśli okupanci godzili się na organizowanie występów estradowych - były to głównie sztuki komediowe niskiego lotu, przeniknięte seksualnością, tandetne operetki i wodewile albo rewie cyrkowe. Jeśli więc Niemcy pozwalali Polakom na chodzenie do kin, to tylko z odpowiednio ukształtowanym repertuarem, najlepiej propagandowym i demoralizującym."[1]





[1] "K. Kunicki, "W okupowanej Polsce muzy nie milczą" [w:] "II wojna światowa t. VI: Kultura okupacyjna".

wtorek, 30 sierpnia 2011

Jak zdobywano Dziki Zachód

Niewykorzystany plakat Struzana
Wakacje dobiegają końca, a wraz z nimi czas letniego kina rozrywkowego. Rzutem na taśmę (w miesiąc po właściwej premierze) na polskie srebrne ekrany wszedł obraz "Kowboje i Obcy". I być może właśnie taki tytuł - z jednej strony dobrze opisujący film, lecz z drugiej kojarzący się z durnymi komedyjkami - sprawił, że średnia ocen widzów w Internecie wynosi jakieś 50%. Zdecydowanie za mało - nietypowy pomysł i jego bardzo dobre wykonanie domagają się więcej.

Idea jaka stoi za "Kowbojami i Obcymi" jest paradoksalnie gruntownie logiczna. W dobie krzyżowania ze sobą gatunków filmowych nie powinno budzić zdziwienia połączenie czasów Dzikiego Zachodu jaki znamy z np. horrorem, jak to miało miejsce w serii "Deadlands". Skoro zaś taki przeszczep się udał, naturalną konsekwencją wydaje się wmieszanie w western elementów science-fiction. Nie stanowi to większego uszczerbku dla zdrowego rozsądku, niż pokazanie kosmitów atakujących Ziemię w realiach współczesnych czy w przyszłości, bo tak naprawdę jedyną różnicę stanowi tu poziom rozwoju technicznego człowieka. Nietypowy pomysł w "KiO" zasługuje sam w sobie na uwagę, natomiast fakt, że został zrealizowany świadomie i konsekwentnie skłania do podwyższenia oceny.

W filmie bowiem Obcy nie są jedynie dostawką do westernowego klimatu, co jak oczekiwali niektórzy, miało widzowi dostarczyć dawki absurdalnego humoru opartego na mieszaniu porządków. Ci Obcy są pełnoprawnym elementem przedstawionego na ekranie świata, traktowani są przez bohaterów tak serio, jak przez ich odpowiedników z dowolnego klasycznego dzieła o inwazji kosmitów. Ba, Obcymi w filmie kierują nawet na wskroś westernowe motywacje. Tuszę, iż nie będzie to zbyt dużym spoilerem, lecz nie sposób nie docenić zmyślności twórców, którzy ze zrozumieniem gatunku western kazali swym stworom poszukiwać na Ziemi złota! Kto chce, niech się śmieje  - surowiec jak każdy inny. Może gdzieś tam wśród gwiazd jakaś forma życia zaśmiewa się z historyjek o kosmitach przetrząsających glebę w poszukiwaniu przeprasowanych na dziesiątą stronę szczątków zwierzęcych i roślinnych? Coś mi się widzi, że śmiechy w kinie brały się z niedostrzeżenia treści i niedocenienia form ich okrywających, jakimi z kolei scenarzyści w twórczy sposób umieli się bawić obcując z klasycznymi wyobrażeniami historii westernowych. Słowem, nie taki Obcy obcy jak się kowbojom wydawało.

Kowboje natomiast to przede wszystkim gwiezdne trio: Daniel "James Bond" Craig, Harrison "Indiana" Ford i Olivia "Trzynastka od House'a" Wilde. Widzom idącym na film z takim zestawieniem powinna zapalić się lampka informująca, że wbrew oczekiwaniom nie dostaną się na filmidło pokroju "Strasznego Filmu". Oszczędziłoby to nieporozumień i przerzedziło atmosferę na sali kinowej. Do pracy aktorów nie można się przyczepić - zresztą wszyscy znamy ich z innych produkcji i wiemy, że nie są to ludzie wzięci z ulicy, a mający dobrą formę sceniczną. Mamy więc akcję i bohaterów nie w ciemię bitych - Craiga, który z gracją rewolwerowca korzysta z kosmicznego dzyngla na swym przedramieniu, Forda w roli wojskowego po przejściach i tajemniczą pannę Wilde stojących naprzeciw istot o znacznie większym potencjale technicznym - tak, to kolejny ukłon wobec stylu western - jakby rozszerzona perspektywa historycznych starć Anglosasów z Indianami. Motyw wojen amerykańsko-indiańskich jest też w filmie obecny, na szczęście bez cukierkowego podziału na dobrych dzikusów i złych żołnierzy. Parę ciekawych dialogów na ten temat przewinęło się w filmie i dobrze by było, gdyby dotarły one do uszu Sz.P. Camerona od "Avatara". 

Ci Panowie nie grają w byle czym.
Czas natomiast poruszyć wady filmu. Największą i najbardziej kolącą raną z jaką miałem do czynienia przez jakieś 3/4 seansu byli inni widzowie. To była prawdziwa droga przez mękę, gdyż większość ludzi (choć szczęśliwie nie wszyscy) - zdawało się - pomyliła sale w kinie i zamiast na obrazek dostosowany do swojego poziomu trafiła na ten film. Ten charakterystyczny prymitywny rodzaj śmiechu, brzmiący zupełnie nie wtedy gdy powinien. I nie jest to nawet tak modne szyderstwo odzywające się w momentach podniosłych. Śmiech rozlegał się nie wiedzieć czemu np. w scenach z udziałem Indian, gdy widzieliśmy ich we właściwych im strojach, posługujących się własnym językiem itp. Może jestem zbyt drętwy i niedzisiejszy, ale za Chiny nie widziałem w tych momentach komizmu. Wspomniałem, że choć tytuł może sugerować co innego, "KiO" komedyjką nie są. Bliżej im do kina Nowej Przygody spod znaku "Indiany Jonesa" (Harrison Ford nie bez powodu zgodził się na angaż w filmie...). Widz będzie świadkiem pościgów, strzelanin i rzucanych przez ramię sarkastycznych uwag. I - uwaga! - brak tu "humoru" na poziomie "siusiu-kupa-dupa" tak ostatnio często nieszczęśliwie widzianego w mających dostarczać rozrywki historiach. To kolejny duży plus! 

Podsumowując, film "Kowboje i Obcy" polecam każdemu, kto ceni sobie western, nie boi się oglądać gatunkowego miksu, ma w pamięci przygody czasów "Indiany Jonesa" i sentyment dla choć jednego członka ww. trio. Choć film pojawił się jako obraz wakacyjny, coś mówi mi, że oglądnę go jeszcze w innej aurze roku, gdy trafi na półki sklepowe.

P.S. Nareszcie nasi wybrali dla filmu dobry plakat (bo tego od Struzana Amerykanie nie zatwierdzili)!

sobota, 6 sierpnia 2011

Komiksowa wojna; może zawierać śladowe ilości swastyk

Do polskich kin wszedł właśnie film produkcji amerykańskiej pt. "Kapitan Ameryka". Przynajmniej o bilet na seans takiego właśnie tytułu widzowie proszą stojąc przy kinowych kasach. Wewnętrzny konflikt Tłumacza, hamletyczna batalia, którą przyszło mu stoczyć z samym sobą wobec zadania przetłumaczenia na język ojczysty angielskiego "Captain America: The First Avenger" zaowocowała kuriozalnym wyjściem połowicznym, językowym obojnakiem w postaci "Captain America: Pierwsze Starcie". Zaiste, Fortynbras nie ma czego szukać na tej scenie translatorskiej nędzy i rozpaczy. 

Komiks, jak każda forma ludzkiej działalności, kształtowany jest przez "tu i teraz" momentu tworzenia. Kapitan Ameryka powstał na (co oczywiste) amerykańskiej ziemi w latach II wojny światowej, by podnosić na duchu i zachęcać do podjęcia zadań wspólnego wysiłku wojennego. Wojna minęła, lecz Kapitan zadomowił się w USA i żyje tam po dziś dzień. Ostatnio Marvel postanowił przenieść historię Kapitana Ameryki na srebrny ekran, w ramach trwającej od paru lat ofensywy mającej przygotować grunt pod przyszłoroczny obraz "The Avengers". (teaser tego ostatniego jest bez uprzedzenia emitowany po trwających ponad 10 minut napisach końcowych). "The Avengers" będzie filmem we współczesnych realiach, natomiast "Kapitan Ameryka..." ukazuje początki zachodniego herosa na frontach wojny światowej. Chuderlawy Steve Rogers (Chris Evans) desperacko pragnący wziąć udział w walce, zostaje wybrany do amerykańskiego programu mającego na celu stworzenie superżołnierza. Program prowadzi zbiegły z Niemiec naukowiec, którego pierwszym "dziełem" był niejaki Red Skull.

"Potężniejsze niż reakcja atomowa Strassmanna... Orichalcum"




Na ekranie bardzo pozytywnie zaskakuje praca aktorów, świetnie dobranych do postaci. Chris Evans w roli tytułowej, Tommy Lee Jones - amerykański oficer cytujący gen. Pattona, mało znana Hayley Atwell jako przeurocza agentka Carter oraz Sebastian Stan jako nowa wersja kapitanowego "Robina" - Bucky prezentują się bardzo dobrze. Zaś niezastąpiony Hugo "King of the Nerds" Weaving w roli Red Skulla sprawił, że z autentycznym żalem powitałem moment, w którym musiał on ukazać swą czerwoną fizjonomię. Widząc tą grupę na ekranie, nie sposób pomyśleć o lepszym dopasowaniu aktorów do ról przewidzianych w scenariuszu. Łyżką dziegciu jest tu fakt, że kolejne filmy Marvela dziać się będą współcześnie, więc z oczywistych względów chronologii nie ujrzymy już ani pułkownika Phillipsa, ani też panny Carter. Natomiast comeback Kapitana Ameryki jest już pewny w "The Avengers". Być może powróci także Hugo Weaving, co nie byłoby zaskakujące biorąc pod uwagę, że jego rola to archetypiczny wróg z filmów o agencie 007.

Szczęśliwie Marvel nie grzebał w zasadach patriotyzmu w swojej nowej produkcji. Kapitan jest amerykańskim patriotą we właściwym tego słowa znaczeniu. Po ludzku pragnie służyć swojemu krajowi w potrzebie. Wprawdzie początkowo nieco naiwnie nie łączy służby na wojnie bezpośrednio z zabijaniem żołnierzy wroga - można to jednak zrzucić na karb budowy postaci jako młodego idealisty. Sceny dialogowe z dr Erskine'm oraz pułkownikiem Phillipsem wprowadzają tu na szczęście równowagę. Dowiadujemy się z nich, że Steve Rogers pragnie po prostu nie stać się tym, kogo zdefiniował jako wroga - "bully". Nieistotne dla niego jest to, czy "bullies" występują między ludźmi, czy też na arenie międzynarodowej. Jego wojna jest i będzie prowadzona w imię słusznej sprawy, obrony ojczyzny i położenia kresu zagrożeniu ze strony III Rzeszy. Nieważne, czy z bronią w ręku, czy też w objazdowym propagandowym wodewilu - Rogers walczy, tak jak może. Kolorowy amerykański patriotyzm w filmie potraktowany został serio i z należytym szacunkiem, bez prób tworzenia kwadratury koła. Nie jest on tu wprawdzie wysublimowaną intelektualną konstrukcją, ale trudno oczekiwać takiej po superbohaterskim komiksie. Ten skupia się na prostych prawdach i prostych morałach - w tym konkretnym wypadku nie przechodząc na szczęście w półprawdy. Ba! W finałowej scenie Red Skull przedstawia się jako ten, w którego przyszłym państwie światowym nie będzie już narodów, więc oczywistą koniecznością jest dla niego zniszczenie tego, który nosi barwy narodowe - Steve'a Rogersa. Odważnie, jak na popkulturowy obrazek!

Dwa razy więcej nie znaczy dwa razy lepiej.
Kwestią nurtującą wszystkich zainteresowanych filmem była obecność, lub raczej oczekiwana nieobecność, swastyk. Współczesne przepisy prawne lubują się w wymazywaniu nie tylko ze środowisk neonazistowskich, ale także z produkcji ocierających się o historię, symboliki III Rzeszy (nie trzeba dodawać, że jak ktoś chce to może pomalować sobie samochód w sierpy i młoty). Marvel kuriozalnie zdecydował się zapalić Bogu świeczkę, a diabłu ogarek. W filmie znany czytelnikom komiksów niemiecki, nazistowski oficer, który z Hitlerem pił bruderszaft -  Johann Schmidt/Red Skull decyduje się wraz z podległą sobie tajną wojskową komórką - Hydrą - wytoczyć prywatną wojnę nie tylko Aliantom, ale i Niemcom. To pewnie właśnie ten osławiony niemiecki ruch oporu, który - jak wszyscy wiedzą - dzielnie przeciwstawiał się Hitlerowi. Umożliwiło to zredukowanie ilości swastyk do minimum - zresztą sami hitlerowcy pojawiają się zaledwie w paru miejscach, głównie po to, by zginąć z rąk zabawnie "hajlujących" jednocześnie dwoma rękami żołnierzy Hydry. Nie jest to jedyna działalność, podczas której wojsko Red Skulla dowodzi jakości swej formy intelektualnej. Dreptający w komicznych mundurkach (zakaz wykonywania zawodu dla projektanta kostiumów!) z laserowymi karabinami różnych rozmiarów wyglądają jak nieudana i niezamierzona parodia szturmowców z "Gwiezdnych Wojen". A na pewno stanowią oni doskonały przykład tego, co Roger Ebert nazwał "syndromem szturmowca". Dużo lepiej w roli czarnych charakterów spisaliby się Niemcy, co też sprawdziło się w "Indianie Jonesie". Film zdecydowanie traci przez brak hitlerowców - zarówno w warstwie wizualnej, jak i fabularnej. Jak bowiem wyjaśnić to, że Kapitan Ameryka wraz z niemałą częścią US Army ugania się bezproblemowo po całej okupowanej przez Niemców Europie akurat za wojskami Hydry? Co w tym czasie robią hitlerowcy? Cała II wojna schodzi tu nawet nie na drugi plan, ale w ogóle wypada z obrazu. Chyba nie to powinno być zamiarem twórców filmu o przygodach drugowojennego superbohatera...

Występuje tu właśnie problem współczesności - problem z tworzeniem produkcji niehistorycznych z akcją w realiach II wojny światowej. Nawet nie z historią w tle, a zaledwie ocierających się o historię. Ci, którym nie przeszkadzają powtarzające się wciąż "polskie obozy koncentracyjne", z aptekarską dokładnością tropią obecność swastyk na ekranach i monitorach (przypadki Company of Heroes, Medal of Honor: Airborne i inne).  Ze dwadzieścia lat temu nikt nie robił z tego problemu - Indy bił hitlerowców, czyli Niemców. Nikt nie pomyślał nawet, by hitlerowcy nie byli z Niemiec, a co dopiero by zastępować ich jakąś "tajną komórką". O czasy, o obyczaje!

Film ten cechuje dziwna jak na obraz wakacyjny prawidłowość - im więcej akcji na ekranie, tym gorzej się go ogląda. Gdzieś tak w 3/4 filmu, gdy zbliża się decydujące starcie między Hydrą, a polującymi na nią po całej Europie oddziałami Anglosasów, film podoba się coraz mniej. Nędzne starcie na motocyklach, laserowe fajerwerki... obraz można byłoby bez strat dla widza skrócić do momentu gdy na scenę wkracza pułkownik Tommy Lee Jones. A jednak pierwsza część filmu, gdzie stosunkowo niewiele jest strzelanin i wybuchów była autentycznie dobra. Najwidoczniej twórcy nie mieli pomysłu, jak w jednym filmie przedstawić wojenne dzieje Kapitana Ameryki, zdecydowali się więc na ukazanie ich w formie nieledwie slajdów lub serii lepiej lub gorzej zrealizowanych akcji wymiany ołowiu/energii. Dobrze zrobiony napowietrzny finisz podnosi poziom, jednak nie usuwa niesmaku po wcześniejszych scenach, zresztą film kończy się zbyt szybko, by końcówka zdążyła zatrzeć złe wrażenie po pierwszych ujęciach "final battle". W każdym miejscu boli też niewykorzystany potencjał klimatu retro - wprawdzie mamy thompsony i resztę sztafażu, ale wszelkiego rodzaju instalacje futurystyczne, nie licząc laboratorium Erskine'a, stworzone zostały bez szacunku dla estetyki epoki. Kolejny duży błąd projektantów.

Seans bez okularów. Nie tutaj.
Poważnym mankamentem jest także dystrybucja filmu wyłącznie w wersji 3D. Nie mam względem tej technologii żadnych uprzedzeń natury biologicznej, nie bolą mnie od tego oczy ani brzuch. A i tak nie znoszę tych drańskich okularów. W tym konkretnym wypadku miałem wrażenie, że przez nie właśnie część scen wyglądała nieco zbyt ciemno - na pewno nie z zamysłu twórców filmu. Gogle uniemożliwiły mi również w paru miejscach nadążanie za tym co dzieje się na ekranie - i nie mam tu na myśli scen strzelanin, a zwykłe, spokojne wymiany zdań między bohaterami. Precz z obowiązkowym 3D w kinie!

Co więc można powiedzieć o nowym "Kapitanie Ameryce"? To film na czwórkę w szkolnej skali ocen. Wszystkie mankamenty przypadają wyłącznie na jego drugą połowę, ale cóż to zmienia?  Oglądnąć go można, lecz w żadnym wypadku nie jest to pozycja obowiązkowa. Fanów uprzedzam, by wzięli poprawkę na to, że mówi to człowiek, który z ostatniej "avengersowej" serii kinowej upodobał sobie jedynie "Iron Mana". Pierwszego.